Programy typu reality-show są niezwykle popularne nie tylko w naszym kraju, ale na całym świecie. Musi być coś wyjątkowego w oglądaniu życia codziennego często po prostu zwykłych, szarych ludzi. Może ludzie po prostu leczą przez to swoje mniejsze czy większe kompleksy, może po prostu potrzebują ogłupiającej rozrywki albo.. albo po prostu są ciekawi. Tak mnie teraz naszła taka głęboka myśl, że człowiek dąży sam do samozniszczenia a potem jeszcze się tym chwali tak aby być w samym centrum zainteresowania, bo nie ważne co mówią, ważne żeby mówili. Wyobraźmy sobie, że ludzie (po raz kolejny) doprowadzili do swojej zagłady a Ci, którzy przetrwali podzielili się na jakieś grupy..

Najpiękniejsi, najbogatsi czy może po prostu najsprytniejszy zamieszkali zamieszkali coś w rodzaju bogatej dzielnicy ociekającej nie tyle przepychem do po prostu zwykłym kiczem. Reszta podzieliła się na 12 Dystryktów (nie, w Dystrykcie 9 nie ma dziwnych kosmitów, nie ta bajka). Każdy z tych Dystyrktów zajmuję się czymś innym jednak każdy z nich „utrzymuje” Kapitol. Tak więc mamy górników i innych, którzy pracują aby innym było lepiej. Mało tego, w ramach „tradycji” rok w rok organizowane są Igrzyska, których zwycięzca otrzyma możliwość pławienia się w rozkoszach życia z Kapitole. Nie było by w tym dziwnego, ale aby tego dokonać musi wziąć udział w brutalnym widowisku, w którym główną ceną jest przedewszystkim. Co roku z każdego Dystryktu wybiera się dwóch uczestników: kobietę i mężczyznę. Dzięki czemu na starcie Igrzysk mamy 24 młode osoby w różnym wieku, którzy od najmłodszych lat karmieni są swego rodzaju propagandą, że Igrzyska są ważne bo to swego rodzaju zadośćuczynienie za bratobójcze walki ludzi i żeby było lepiej trzeba złożyć „ofiarę” z młodej kobiety i młodego mężczyzny. No, a Ci bogaci mają ciekawe widowisko telewizyjne przez kilkanaście dni, bo wiedzą, że tylko jedna osoba może przeżyć a co za tym idzie wygrać. Pozostałe dwadzieścia trzy po prostu umrą, czy to przez jakieś pułapki, z głodu, odwodnienia czy z ręki innych Trybutów (bo tak nazywa się uczestników Igrzysk), w których budzą się najgorsze zwierzęce instynkty.

To takie małe wprowadzenie do filmu „Igrzyska Śmierci” (ang. „Hunger Games„), który ostatnio miałem okazję oglądać. Film zaczyna się oczywiście od losowania dwójki Trybótów w Dystrykcie 12, ale zamiast małej Primrose Everdeen zgłasza się za nią jej starsza siostra, Katniss. Bo chce ją uchronić przed pewną śmiercią. Wszystko ok, tylko cały początek od losowania zawodników, poprzez podróż do Kapitolu, prezentację i trening przed Igrzyskami jest strasznie nudny i przegadany. Nie chodzi, że jest nudno, ale tak jakoś bez polotu, skróciłbym to o połowę a i tak nie odczułbym za bardzo tej zmiany. Dopiero prawdziwa akcja rozpoczyna się wraz z rozpoczęciem Igrzysk. Co ciekawe, jako iż jest to głównie widowisko telewizyjne, liczy się popularność a zawodnicy muszą walczyć nie tylko o przetrwanie ale także „popularność”. Stąd pewnie też romans między reprezentantami dwunastego Dystryktu, czyli Katniss i Peeta. Im dalej tym coś poważniejszego zaczyna się z tego rodzić.. Albo i też nie. Nad naszymi bohaterami czuwa Haymitch, który kiedyś wygrał zawody, ale trochę tak jakby zachłysnął się bogatym życiem. Nie zmienia to jednak faktu, że jest teraz swego rodzaju mentorem dla dwójki „przeklęych kochanków” z dwunastki i bardzo im pomaga, nie tyle aby wygrali, ale przetrwali jak najdłużej.

Nie chce tutaj za dużo pisać o samej fabule, która podobno jest bardzo wierna książce, ale o tym, że „Igrzyska Śmierci” to kawał dobrego filmu o jakimś zatraceniu ludzi samych w sobie. Mamy bogatych, aż ociekających w kicz i tandetę oraz tych, którzy na nich pracują spędzając całe dni w kopalniach czy też fabrykach. Mało tego, raz do roku, pod pretekstem „ofiary” i zadośćuczynienia za błędy przeszłości dostarczają im niezwykle krwawej rozrywki. Sam przyznam, że w pewnym momencie tego filmu przeraziła mnie wizja nie tyle co takiego państwa co samego społeczeństwa samego w sobie. Mimo słabego początu film wciąga. Warto go obejrzeć, choć widok umalowanego Lenny’ego Krawitza może trochę walić po oczach, jednak mimo wszystko polecam. Mi się podobało.

Teraz tylko pytanie czy my samy byliśmy inspiracją do napisania książki na podstawie, której powstał ten film czy to raczej czysta fikcja literacka? Obawiam się raczej, że to w pewien sposób obraz nas samych, ale jestem za młody chyba, żeby się przejmować takimi problemami. W ogóle gdzieś czytałem, że to nowa seria dla młodzieży, która ma rywalizować ze „Zmierzchem„. Rly? :/ W sumie mniejsza o to, tutaj wątek miłosny przynajmniej jest ciekawy i bardziej „ludzki”, z drugiej strony czemu ja zwracam tak bardzo uwagę na takie wątki i filmach? :D

Poniżej utwór, którego możecie posłuchać na napisach końcowych, jak mnie najdzie chęć to może i sięgnę po cały OST: