W blasku tysiąca słońc

Nie trudno się domyślić jaki jest mój ulubiony zespół. Wystarczy, że spojrzeć na mój profil na Facebooku, gdzie co chwilę wrzucam link do piosenki tego zespołu, czy to w wersji albumowej, koncertowej, remix czy nawet do jakiegoś covera, które czasami przebijają oryginał. Pod tym względem YouTube jest naprawdę świetny. Masa ludzi wrzuca tam swoje filmiki, a że wiadomo, śpiewać każdy może, jednym ta sztuka wychodzi lepiej, innym niestety, ale gorzej. Widać, że wiele osób ma talent i pasję do tego co robi ale… no właśnie odchodzę od tematu. Krótko i nie owijając w zbędne ozdobniki napiszę, że moim ulubionym zespołem jest Linkin Park. Nawet mój profil na LastFM tak twierdzi, gdzie można zobaczyć, że na ponad 60 tysięcy odtworzeń ponad 9 tysięcy to właśnie piosenki LP. Zaczynałem ich słuchać jako dzieciak, bo „oczarował” mnie teledysk do piosenki Crawling puszczany w telewizji na jednym z kanałów muzycznych. Do dziś to jest moja ulubiona piosenka, choć wspomniany już wcześniej LastFM, opierając się na statystykach, twierdzi inaczej. Po płycie „Hybrid Theory” światło dzienne ujrzała „Meteora”, czyli HT w wersji 2.0 – taka prawda, brzmienie to samo, tylko ulepszone. Do 2007 roku darcie ryja przez Chestera i rapowanie Shinody było dla idealnym brzmieniem jakiego oczekiwałbym od tego zespołu. Do czasu gdy wydali „Minutes To Midnight” udowadniając sobie, że coś tam jednak potrafią niż dwa akordy krzywo zagrane na gitarze, z rapem i darciem ryja oraz elektronicznymi samplami w tle. Pokazali, że potrafią grać coś więcej. Pokazali, że MTM może być albumem, który podzieli fanów. Jedni cieszą się, że zespół zrobił krok do przodu, drudzy zaś postawili krzyżyk na zespole, twierdząc, że „stare LP” umarło wraz z nowym albumem. Nie będę się też zagłębiał w szczegóły z życia osobistego Benningtona, które podobno odcisnęły piętno zarówno na nim samym jak na jego twórczości, bo to pewnie temat na kolejną notkę. Zaskakujący jest fakt, jak „przełomowe płyty” potrafią podzielić fanów danego zespołu. Podobnie chociażby było w przypadku KoRna i płyty „Untouchables”, która przez wielu, jak nie większość fanów, w owym czasie była uznana za najgorszą płytę w ich dorobku, by po czasie została doceniona.

Z ogromnymi wypiekami na twarzy czekałem zatem na ich kolejny album, czyli „A Thousand Suns”, który miał być bardziej elektroniczny niż poprzedni, miało być więcej rapu. Miała być w tym wszystkim jakaś głębsza historia, może nawet wyjdzie z tego album koncepcyjny. Sam Shinoda jest chyba mistrzem w robieniu napięcia, pisząc o nowym albumie kilka słów co jakiś czas czy to na swoim blogu, Twitterze czy to wrzucając zdjęcie ze studia na oficjalny profil na Facebooku. A gdy wrzucił sample utworów, w tym fragment singla w postaci zapętlonego „lift me up, let me go” moja cierpliwość sięgnęła zenitu. Dobrze jednak, że jest Internet. Niby żaden z artystów nie lubi gdy ich muzyka wycieka przed premierą, jednak i tak wiadomo, że w większości przypadków jest to działanie celowe. Płytę ATS miałem na swoim dysku blisko tydzień przed premierą. Wiedziałem, że będzie inna, wiedziałem, że trzeba jej przesłuchać kilka razy aby ją „zrozumieć”. Włączyłem… gdy się obejrzałem płytę przesłuchałem trzy-cztery razy. Potem przyszła cała machina reklamowa, trasa koncertowa, tłumaczenia tekstów, teledyski do kolejnych singli z płyty. Wtedy postanowiłem zagłębić się w samą muzykę jeszcze głębiej. Uwielbiam czytać znaczenia utworów, analizy tekstów przez fanów, oglądać teledyski i szukać w nich odniesień do tekstu oraz samej muzyki. Lubię po prostu wiedzieć co muzycy chcieli przekazać przez swoją muzykę. Odnajdywanie i takie analizowanie sprawia mi także olbrzymią satysfakcje, bo chyba tylko wtedy muzyka ma sens, gdy potrafimy ją odebrać na swój własny sposób.

Początek „A Thousand Suns” to intro „The Requiem”, w którym młoda kobieta śpiewa „Boże, chroń nas wszystkich Czy spłoniemy w ogniach tysiąca słońc?”, ale od samego początku utworu czuć, że z każdą uciekającą sekunda zbliżamy się do punktu kulminacyjnego, do wybuchu, który doprowadza nas do kolejnego przerywnika „The Radiance”, w którym słyszmy słynną wypowiedź J. Robera Oppenheimera, czyli ojca bomby atomowej. W krótkim, niemającym nawet minuty przerywniku słyszymy poniższe słowa wypowiedziane przez niego po przeprowadzeniu pierwszego testu bomby atomowej:

Wiedzieliśmy, że świat nie będzie już taki sam. Część ludzi się śmiała, kilkoro ludzi płakało, większość milczała. Przypomniałem sobie pewien wers z hinduistycznej księgi, Bhagavad-Gity. Wisznu próbując nakłonić Księcia, aby ten spełnił swoje obowiązki, przybiera swoją czteroramienną postać i mówi: „Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów.” Przypuszczam, że wszyscy myśleliśmy podobnie, w ten czy inny sposób.

Jeśli pójdziemy jeszcze dalej, odnajdziemy cytat: „If the radiance of a thousand suns were to burst at once into the sky, that would be like the splendor of the mighty one..”, który pozwoli nam spojrzeć nieco inaczej na samą genezę albumu ATS. Nie, nie jest to moim zdaniem album o zagrożeniu wynikającym z promieniowania czy zabaw nam rozszczepianiem małych atomów, tworząc przy tym olbrzymią, destrukcyjną potęgę. To album o ludzkich lękach, apokaliptycznej wizji „zagłady” ludzkości, którą mogą wyrządzić sobie tylko ludzie nawzajem bawiąc się technologią. Tak, ludzki strach bywa naprawdę inspirujący. Wróćmy jednak do „The Radiance”, po którym następują pierwsze dźwięki „Burning In The Skies”, czyli coś spokojniejszego. Po dwóch pierwszych utworach można było śmiało zaryzykować, że ten trzeci będzie prawdziwym wybuchem i powinien wgnieść w fotel, ale jest inaczej… Dostajemy piosenkę lekką i spokojną, miejscami nawet o popowym brzmieniu, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że momentami nawet całkowicie oderwaną od narzuconej wcześniej stylistyki. Jednak pierwsze wrażenie bywa mylne, gdyż dostajemy utwór, który gdy tylko wsłuchamy się w tekst, który tylko potęguje uczucie lęku. Warto także obejrzeć teledysk do twego utworu, gdyż można wyłapać więcej odniesień niż słuchając samego utworu. Klip to nic innego jak zlepek kilku różnych scen z codziennego życia normalnych ludzi, do czasu gdy „jasny błysk” (w moim odczuciu symbolizujący jakiś przełom) zakłóca ich życie. Pozwolę sobie także zacytować w tym miejscu słowa Mike’a Shinody:

Z jednej strony jest o nas, o pewnego rodzaju zniszczeniu naszego świata lub nas samych, ale ponadto – możesz spojrzeć tylko ściśle na sam utwór i posłuchać go w kontekście związku dwojga ludzi, którzy niszczą to, co do tej pory posiadali.

Po tym wszystkim w „Empty Spaces” przywitają nas dźwięki świerszczy oraz wybuchy najprawdopodobniej dobiegające z pola bitwy, które szybko przechodzą do kolejnego utworu „When They Come For Me” i tutaj mam już naprawdę prawdziwy ból głowy, bo nie wiem jak scharakteryzować ten utwór o czym on tak naprawdę jest. Uogólniając można chyba powiedzieć, że jest to tekst o lęku przed zaszufladkowaniem oraz walką ze wszechogarniającymi stereotypami, z którymi najlepiej walczyć a nie poddawać się im („..I’m not a robot, I’m not a monkey, I will not dance even if the beat’s funky..”). To jest naprawdę ciężki utwór do opisania, jednak myślę, że moja interpretacja dalej wpisuje się w konwencje całego albumu. Na tym utworze kończy się także jakby pierwsza część albumu, gdyż przy kolejnym utworze nie mamy już płynnego przejścia, nie ma efektu ciągłości. Być może jest to efekt zamierzony, tak, że „Robot Boy” być swego rodzaju przystankiem na drodze. Przystankiem w walce z przeciwnościami całego otaczającego nas świata. Pierwszymi dźwiękami „robota” jest pianino, dopiero po chwili w tle słyszymy jak nadciąga elektroniczny bit. Siedząc w ciemnym pokoju, ze słuchawkami na uszach, można odnieść wrażenie, że nie jesteśmy sami z naszym strachem, który tylko czeka by uderzyć. I to tym jest ten utwór, który z każdą sekundą rozkręca się coraz bardziej aby uderzyć mocnym syntezatorem pod sam koniec. „Robot Boy” to nic innego jak próba zmierzenia się z samym sobą, z całym światem, z tym wszystkim co dźwigami i nie raz upadam pod tym ciężarem. Ale to właśnie on daje siłę człowiekowi by wstać i iść dalej. Jakże wymowną metaforą do słów „iść naprzód” jest utwór „Jornada Del Muerto”, czyli „droga zmarłego”. Jest to także nazwa pustyni w Nowym Meksyku w USA, gdzie przeprowadzane były testy związane z bomba atomową. Po raz kolejny mamy odniesienie do „blasku tysiąca słońc”, które towarzyszy nam od pierwszych dźwięków albumu, w tle słysząc „lift me up, let me go”, śpiewane przez Shinodę po japońsku (nie jak wielu sądziło od tyłu), które powoli prowadzi chyba do najważniejszego utworu, ale to tylko kolejny przystanek. „Waiting For The End”, to utwór spokojny, wpadający w ucho, trochę nawet trąci klimatami wakacyjnymi czy reggae. W porównaniu z poprzednimi utworami, jak i patrząc przez pryzmat całej „A Thousand Suns” jest to chyba najbardziej refleksyjny utwór jaki znalazł się na płycie, gdzie raczej króluje ponury klimat. To chyba taka chwila na refleksję dla słuchacza, bo dźwięki kolejnego utworu nie nastrajają raczej optymistycznie. Ciężki bit, syntezator, zapętlony bełkot w tle, który szybko zmienia się w chłodny rap Benningtona, który próbuje nadarzyć za uciekającym bitem, by po chwili przejść w szaleńczy krzyk podobny do tego z HT czy Meteory. To właśnie jest „Blackout”. Przytłoczony przez własne problemy i problemy Chester odpada („push it back down, black out, blood in your eye”) a z pomocą przychodzi mu Mike a wraz z tym utwór zwalnia i powoli zaczyna się uspokajać. Jakby nagle z ciała człowieka uciekły wszystkie nękające go demony. Nędznicy i królowie („Wretches and Kings”) zaczynają się słynną przemową Mario Savio, który walczył o wolność słowa oraz oprotestował regulamin studiów i opowiadał się przeciw segregacji rasowej. To właśnie moim zdaniem do segregacji rasowej odnosi się tytuł utworu, który sam jest o ludziach, którzy chcą mieć własne zdanie i o to właśnie walczą z całych sił, często nie przebierając w środkach. Całość potęguje agresja, która aż się wylewa ze słów Shinody oraz wykrzykiwanych refrenów przez Benningtona a kolorytu dodaje na pewno skrecz Mr. Hahna oraz mocne, ciężkie dźwięki.. tak, tak znów syntezatorów. Atmosferę choć na chwilę łagodzi „Wisdom, Justice, and Love”, w którym to słyszymy kazanie Martina Luthera Kinga z dnia 4 kwietnia (!) 1976 roku dotyczące wojny w Wietnamie, które warto przytoczyć:

Przybywam dziś do tej wspaniałej świątyni, ponieważ moje sumienie nie pozwala mi czynić inaczej.
Istna rewolucja wartości narzuci swe jarzmo na światowy porządek i powie o wojnie: „Ten sposób rozwiązywania sporów nie jest sprawiedliwy”. Ten biznes palenia istot ludzkich napalmem, wypełniania domów naszego narodu sierotami i wdowami, wstrzykiwania trujących narkotyków nienawiści osobom dotychczas ludzkim w żyły, odsyłania do domu z ponurych i krwawych pól bitewnych mężów upośledzonych fizycznie i obłąkanych, nie może być pogodzony z mądrością, sprawiedliwością i miłością.

Mądrość, sprawiedliwość i miłość” należy do moich ulubionych przerywników na płycie. Dźwięki pianina, zapętlone kazanie Kinga, którego głos coraz to bardziej, wraz z upływem czasu staje się coraz to bardziej metaliczny, przypominający dźwięk robota czy też maszyny by po chwili ciszy przejść do „Iridescent”, granego przy akompaniamencie apokaliptycznego pianina. Utwór ten został wykorzystany w najnowszej części „Transformersów” i trzeba przyznać, że sceny, w którym słyszymy ten utwór nabierają pewnego patosu, znanego z wielu produkcji amerykańskich opowiadających o kataklizmie i zagładzie. Utwór przyjemny dla ucha, choć momentami trochę zalatujący 30 Seconds To Mars znanym chociażby z płyty „This Is War”, szczególnie skojarzenia nasuwają się same gdy słyszymy zbiorowy śpiew całego zespołu. Coraz bliżej jednak jesteśmy kulminacyjnego rozstrzygnięcia, czyli finałowego wybuchu, na który czekamy już od dźwięków „The Requiem”, na które przygotowują nas kolejne utwory. W „The Fallout” słyszymy po raz kolejny refren z „Burning In The Skies”, jednak tym razem śpiewany jest przez Mike’a a dzięki podkładowi muzycznego od razu czuć, że to już nie jest coś popowego, zaryzykuję stwierdzenie, że czuć niemały patos, choć to pewnie jest na wyrost. Sam utwór ciągnie nas „przez dym mostów, które za sobą spalono” aż do „The Catalyst” – utworu, który reprezentuje cały album. Tak jak katalizator, cytując wikipedię, obniża energię aktywacji reakcji chemicznej, tak ten utwór, że wszystkie problemy, lęki, strachy oraz cały ból, z którym mieliśmy do czynienia do tej pory słuchając tego albumu, jak się okazuję da się jednak pokonać stawiając im czoła. Tutaj wychodzi, że największym zagrożeniem współczesnego świata nie są wojny same w sobie czy też groźba związana z wysadzeniem kolejnej bomby atomowej.

Największym zagrożeniem dla nas jesteśmy my sami, co udowodnił chociażby Oppenheiner, cytując słynną księge hinduizmu: „Teraz stałem się Śmiercią, niszczycielem światów.„. Ostatnim utworem na płycie jest „The Messenger”. Nie uświadczymy tutaj ani grama elektroniki, żadnych syntezatorów, gitar… Tylko gitara akustyczna i fortepian oraz Bennington śpiewający:

Kiedy czujesz, że jesteś sam
Odcięty od tego okrutnego świata
A instynkty podpowiadają ci, byś uciekał
Posłuchaj swego serca
Te głosy aniołów
Zaśpiewają dla ciebie / poprowadzą cię z powrotem do domu

Mike Shinoda tak pisał opisując pracę nad „A Thousand Suns”:

Przez ostatni czas nie nagrywaliśmy albumu, tylko niszczyliśmy nasz zespół i odbudowywaliśmy go z powrotem.

Tak, to już nie jest Linkin Park z czasów „Hybrid Theory” czy „Meteory”. To nawet nie jest już LP nagrywające „Minutes To Midnight”, to całkiem nowy zespół, z nowym brzmieniem, w którym jednak da się jeszcze odkryć pozostałości „starego” stylu. Podczas sesji nagraniowej ATS Shinoda, Bennington i spółka postanowiła zmienić wszystko z czym było do tej pory kojarzone LP, nagrywając przy tym płytę o ludzkich lękach i słabości posługując się przy tym słowami takich osób jak Oppenheimer, Savio czy King. „A Thousand Suns” to płyta, która od pierwszych dźwięków zabiera nas w daleką podróż we wnętrze ludzkiego strachu, i choć są na tej płycie słabe i pozbawione polotu momenty to trudno ją zaszufladkować. Nie należy jej także słuchać wybiórczo gdyż wtedy materiał muzyczny wiele traci. To ponad 45 minut muzycznej podróży składającej się z piętnastu części. Dla mnie, na dzień dzisiejszy, jest to moja ulubiona płyta i chyba będzie trudno innym płytom ją przebić. Nie będę tutaj pisał, że ją polecam bo wiem, że kto będzie chciał to po nią sięgnie i przesłucha. Mam tylko nadzieję, że nie będzie ta osoba patrzyła na ATS przez pryzmat wcześniejszych dokonań LP a spojrzy na nią z całkiem innej, nowej perspektywy.

Boże, chroń nas wszystkich
Czy spłoniemy w ogniach tysiąca słońc??
 

Navigate