Nostalgiczny maraton Star Wars – Atak klonów

Po oczekiwaniu na kolejny Epizod, które towarzyszyło mi praktycznie od czasu, gdy zobaczyłem Mroczne widmo dostałem Atak klonów. Zwiastuny tylko rozpalały moją ciekawość, a nawet doprowadzały mnie do takiej ekscytacji, że każdy kolejny dzień oczekiwania na majową premierę był dla mnie straszny. Tak, tak dobrze przeczytaliście. Czekałem na majową premierę, i to do tego polska premiera była w tym samym dniu co światowa, a dokładniej 16 maja. To było coś niesamowitego; nasz kraj uznawany jak jakiś Trzeci Świat został nagrodzony takim prezentem. Coś wspaniałego. Oczywiście nie poszedłem na nocą premierę, nawet nie wiem czy takowa była przy premierze Ataku klonów, ale cóż. Poszedłem na godzinę 16!

W porównaniu do Mrocznego widma kolejny film z gwiezdnej sagi był olbrzymim skokiem jakościowym. Nie mówię tutaj o samej historii, ale o stronie wizualnej. Był to przecież pierwszy film kręcony kamerami nagrywającymi w wysokiej rozdzielczości, jednak długi proces postprodukcji sprawił, że Epizod II stał się.. drugim filmem kręconym kamerami HD. Wiecie po raz pierwszy przy kręceniu używali takiej technologii właśnie przy Ataku, ale do kin wcześniej wszedł inny film kręcony w HD. Wracając jednak do samego skoku jakościowego – tutaj musiałem się pożegnać z tradycyjnym kinem, takim z prawdziwego zdarzenia. Takiego kina z duszą, gdzie film leci z taśmy, są stare niewygodne fotele, ale przede wszystkim jest klimat. Tego na pewno zabrakło w kinie podczas seansu drugiej części.

Kinoplex (obecnie Helios) w Bielsku-Białej - kino nowej generacji [źródło Wikipedia]
Kinoplex (obecnie Helios) w Bielsku-Białej – kino nowej generacji [źródło Wikipedia]

Właśnie tutaj jest śmieszna sprawa bo już nie mieliśmy Epizodu a CZĘŚĆ, dziwne to trochę, ale tak właśnie sobie zażyczył dystrybutor. Ale jeśli wciąż uważacie, że Atak klonów niczym szczególnym nie zapisał się w moim życiu to… jesteście w ogromnym błędzie. Przede wszystkim wiele ze swoim wspomnień opisałem w Pamiętniku fana. A co zapamiętałem najbardziej z seansu drugiej części Gwiezdnych Wojen? Przede wszystkim to awarię prądu w kinie.. Siedziałem na sali kinowej w ciemności przez 30-40 minut.. a ledwo co film się zaczął. Dokładniej to wtedy gdy Anakin i Obi-Wan jechali windą.. i ciemno! Ale przeczekałem ten czas i mogłem się cieszyć dalej seansem.

Specjalnie piszę, że się cieszyłem bo dla mnie to wtedy było coś nowego, nowy rozdział mojej ukochanej kosmicznej Sagi. Z resztą, powiem szczerze, że bardzo rzadko mam tak, że podczas seansu jestem zażenowany filmem. Owszem są jakieś momenty, które mi się podobają, ale wolę się na tym nie skupiać co gra w filmie a co nie – seans w kinie, przynajmniej kiedyś, dopóki nie chodziłem do kina hurtowo był czymś dla mnie wyjątkowym. Nawet przez pewien czas się śmiałem, że do kina chodzę raz na trzy lata – na Gwiezdne Wojny! No, ale powiedzmy sobie szczerze, czy człowiek gdy ma 12 lat zastanawia się co nie gra w filmie, dlaczego Hayden Christensen jest chodzącym drewnem, dlaczego dialogi nie porywają a sama historia ma tak okropne przestoje, że człowiek się nudzi i zastanawia na co poszły jego pieniądze za bilet? No ja w wieku 12 lat przynajmniej nie myślałem o takich sprawach. Przyznam szczerze, że może i byłem trochę zaślepiony bezwarunkowym uwielbieniem do Gwiezdnej Sagi, ale każde dziecko tak chyba ma, że jest w coś wpatrzone tak
bardzo, że nie dostrzega słabych stron. Z resztą czekałem na ten film trzy lata i dostałem film, który wtedy spełniał całkowicie moje oczekiwania.

Piękny. Młody. Drewniany.
Piękny. Młody. Drewniany.

Bo wiecie, Mroczne widmo nie jest złe, ale nie ma tego czegoś co ma Atak klonów. Epizod I to historia nieco oderwana od Oryginalnej Trylogii, za to w drugiej części dostajemy dużo „łączników”, które sprawiają, że historia opowiadana w Nowej Trylogii powoli zmierza ku temu co znamy ze starszych filmów.

A co mamy? Przede wszystkim tytułowe klony i ich zbroje przypominające, nie bez powodu, uniformy Szturmowców, Slave I, Bobę Fetta nawet muzyka momentami nawiązuje do starszych części jak chociażby wszelkie wariacje „Imperialnego Marszu„. Ale największym plusem całego filmu jest wielka bitwa na powierzchni planety Geonosis, która zapoczątkowała Wojny klonów, konflikt który przez lata był owiany tajemnicą. To wszystko sprawia, że pomimo perspektywy czasu wciąż lubię ten film. Jasne, są sceny, które sprawiają, że zagrywam mocniej zęby (wiecie Anakin nie lubi pisaku „bo jest szorstki i wszędzie wchodzi”), ale z drugiej strony uwielbiam fabrykę klonów na Kamino, pościć wśród pierścieni Geonosis czy też wielką bitwę na powierzchni wspomnianej planety.

Centrum klonowania na Kamino - cudowne!
Centrum klonowania na Kamino – cudowne!

I wiecie co ten film ma jeszcze fajnego? Christopher Lee jako Hrabia Dooku – to jest klasa sama w sobie, choć trochę żałuję, że dopiero pod koniec pojawia się na ekranie, ale jak już się pojawia to czuć od niego cały ten majestat. Z resztą to aktor legenda, należy mu się szacunek za jego dorobek zawodowy. Ale skoro to Nostalgiczny Maraton to pewnie zapytacie jak po takim czasie podchodzę do tego filmu obsypanego Złotymi Malinami..

Z perspektywy czasu wiem, że Atak klonów nie jest tym czym miał być, na pewno nie jest tym na co się nastawiałem oglądając wszystkie zwiastuny i zajawki, niestety film jest słaby, momentami wręcz koszmarnie nudny a przez większość ciągnie się nie miłosiernie. W odbiorze nie pomaga także fakt, że jest to najdłuższy film z serii, co przy 142 minutach męki jest dodatkowym grzechem. Sam główny wątek czyli Republika chyląca się powoli ku upadkowi jest przyćmiony przez wątek romansowy rodem ze Zmierzchu.. Ale nawet w najsłabszym filmie można znaleźć pozytywy i do takich zaliczam wcześniej już wspomnianą bitwę na arenie na Geonosis czy centrum klonowania na Kamino.

Najlepszy moment całego filmu, na który warto czekać!
Najlepszy moment całego filmu, na który warto czekać!

Ale skoro już wspominam to nie chce tutaj pisać o tym jak bardzo ten film jest zły, bo był taki moment w moim życiu, że kaseta VHS z tym filmem nie opuszczała mojego magnetowidu, ale warto wspomnieć o jednej ważnej rzeczy, która chyba na zawsze będzie się mi kojarzyć z tym filmem. Po skończonym seansie udałem się od razu do punktu z prasą, gdzie za ostatnie pieniądze jakie miałem przy sobie w tym dniu, kupiłem komiks „Atak klonów”. Wtedy już wiedziałem, że szybko moje zamiłowanie do Gwiezdnych Wojen nie minie. Mało tego zamiłowanie przerodziło się później w swego rodzaju miłość i trzyma mnie po dziś dzień i nie chce puścić.

Dlatego cieszę się, że nawet z takim słabym filmem jak Atak klonów mam na prawdę miłe wspomnienia.