Zanim na ekrany polskich kin trafił najnowszy film z (super)bohaterami od DC Comics Batman V Superman internet obiegła informacja, że krytycy nie zostawili suchej nitki na twórcach. I o ile jeszcze z 10 lat temu bym się tym przejmował to tak w dzisiejszych czasach, w których to króluje internet, reakcje „krytyków” nie ruszyły mnie praktycznie ani trochę. Może trochę też w tym mojej winy, bo jakoś zawsze pałałem większą sympatią do uniwersum Marvela, niż właśnie do DC. Już przy okazji tekstu o „Człowieku ze stali” bez oporów przyznałem się, że nie lubię ani Supermana ani Batmana. Jednak akurat jeśli chodzi o tego ostatniego moja sympatia opierała się głównie na serialach animowanych, które towarzyszyły mi w dzieciństwie. Dopiero kryzys, jeśli chodzi o postać Mrocznego Rycerza, przyszedł wraz z filmami aktorskimi, które nigdy jakoś do mnie nie przemawiały. Zazwyczaj to mnie odpychały na tyle skutecznie aby już do nich nie wracać. Z czasem się to oczywiście zmieniło, na korzyść Nietoperza.

Powiedz mi krytyku filmowy czy krwawisz?
Po seansie będziesz

Dochodzimy jednak do momentu, w którym dwie ikoniczne postacie pojawiają się w jednym filmie. Postacie, które mają już ponad 70 lat, i które zapisały się zarówno w historii komiksu superbohaterskiego jak i światowej popkultury. W moim prywatnym odczuciu, chyba tylko Spider-Man ze swoją popularnością może się równać z tymi dwoma. Choć nie wiem czy w tym przypadku nie faworyzuje za bardzo mojego ukochanego Człowieka Pająka, ale chciałem wam tylko pokazać skalę tego przedsięwzięcia.

Warto też zwrócić uwagę, że konkurencyjny Marvel ma w tym momencie prawie 15 filmów z Marvel Cinematic Universe a z kolejnych 10 w produkcji. Do tego mają też przychylność fanów komiksów, wśród których MCU to już sprawdzona, i przede wszystkim, pewna marka. Inaczej jest z DC, które niestety musi gonić swojego konkurenta i niestety najnowszy film pokazuje jak bardzo w tyle są twórcy i jak dużo chcieli zmieścić w tym jednym filmie.

Bruce Wayne zastanawia się dlaczego burzą jego budynek :(
Bruce Wayne zastanawia się dlaczego burzą jego budynek :(

Nawet pomimo faktu, że Batman V Superman trwa dwie i pół godziny, a kolejne 30 minut materiału pojawi się przy okazji wydania wersji reżyserskiej, podczas seansu po prostu widać, że tego czasu twórcom zabrakło. Tak to już jest, gdy chce się nakręcić kontynuację przygód Supermana, wprowadzić „nowego” Batmana, pokazać Wonder Women czy też zawiązać jakiś zalążek Ligi Sprawiedliwości. Coś co Marvelowi zajęło ładnych parę lat DC próbuje upchać w prawie trzygodzinnym nieładzie.

Akcja Batman V Superman rozpoczyna się jedną z lepszych scen w całym filmie, czyli pogrzebem rodziców Bruce’a Wayne. Tutaj też mamy pierwsze zalążki tego co czeka naszego bohatera i pierwsze wskazówki, co spowodowało, że stał się właśnie Mrocznym Rycerzem. Potem mamy przeskok o 18 miesięcy do przodu i trafiamy w samo miejsce akcji, znane nam z Człowieka ze stali, tym razem widziane właśnie oczami Wayne’a.

I o ile rozumiem dramat jaki musi przeżywać Bruce widząc, że Superman walczący z generałem Zodem niszczy wszystko na swojej drodze, w tym budynki należące do niego, to już jego zachowania nie rozumiem. Wszystko się w koło wali a ten dzwoni do swojego pracownika i mówi aby wyprowadził ludzi z budynku, a on spokojnym głosem mówi coś w stylu „Proszę opuścić budynek” – co z tego, że za oknem wali się kolejny wieżowiec. Najważniejsze to zachować spokój w kryzysowych momentach.

I takich głupot, czy wręcz idiotyzmów, jest bardzo dużo

To co może także przeszkadzać podczas seansu to niezdecydowanie twórców czy robią film o Supermanie, czy robią film o Batmanie czy o tej dwójce. Co sprawia, że stylistycznie widać czy oglądamy segment poświęcony tylko Clarkowi czy też Bruce’owi. O ile wszystko to co związane z Mrocznym Rycerzem raczej wypadało w miarę dobrze, momentami nawet poprawnie to historia Supermana wciąż jest dla mnie nie do strawienia od Człowieka ze stali. Nie pomaga także fakt, że towarzyszy mu chyba najgłupsza postać całego filmu, czyli Lois „Uwielbiam komplikować sobie życie” Lane. Serio, kobieta w tym filmie ma tylko takie sceny, w których albo ktoś ją porywa albo sama wręcz celowo wpada w pułapkę. Fuck logic, serio.

Kochanie zanieś mnie do wanny, utoniemy w miłości (przy okazji zalejemy mieszkanie)
Kochanie zanieś mnie do wanny, utoniemy w miłości (przy okazji zalejemy mieszkanie)

Inaczej jest jeśli chodzi o Batmana, który grany przez Bena Afflecka, wygląda jak człowiek, który chciałby spokojnie przejść na superbohaterską emeryturę, nie tylko dlatego, że nie ma kogo ścigać, ale chyba dlatego, że jest po prostu tym wszystkim zmęczony. Daleki jestem jednak od stwierdzenia, ze Affleck jest najlepszym aktorskim Batmanem, jednak gdybym miał takowy ranking zrobić to na pewno byłby w nim wysoko. Na plus można także zaliczyć rolę Alfreda, który starał jak jak mógł rozluźnić atmosferę, w tym i tak już ponurym filmie, jednak nie za bardzo mu się udało. Pomimo tego, bardzo podobała mi się kreacja Jeremy’ego Ironsa. Nawet wyłapałem jeden dialog, który jest żywcem ściągnięty z komiksowego Powrotu Mrocznego Rycerza, ale tutaj chyba miałem po prostu szczęście bo czytałem go kilka dni przed seansem.

To do czego można się śmiało przyczepić i zjechać z góry na dół to przede wszystkim wątek konfliktu Batman-Superman. O ile potrafię przymknąć oko na postać Lexa Luthora, bo już po prostu jestem przyzwyczajony do tego, że Jesse Eisenberg w każdym filmie gra tą samą postać przemądrzałego buca, tak nie kupuje całego tego konfliktu. W całym filmie do momentu „walki gladiatorów” tytułowi bohaterowie zamieniają ze sobą może maksymalnie ze dwa zdania. Pewnie twórcy stwierdzili, że widzowie wiedzą, że ta dwójka i tak się będzie ze sobą bić i nie trzeba rozbudowywać tego wątku jakoś za bardzo, albo dostaniemy coś więcej w wersji reżyserskiej.

Jeszcze jakby było tego mało sama walka też jest rozczarowująca do tego stopnia, że podobne zażenowanie długością walki miałem chyba ostatnio, gdy oglądałem Dragon Ball: Ewolucję, gdzie finałowy pojedynek polegał na tym, że bohaterowie dali sobie ze dwa czy tam trzy razy z liścia w twarz i koniec. Tutaj jest podobnie, jeśli nie nawet gorzej.

Piękna Wonder Woman <3
Piękna Wonder Woman <3

Dostajemy masę naprawdę ciekawych scen, w których Batman tworzy nowe gadżety z Kryptonitem czy też trenuje do finałowego pojedynku. To chyba jedne z niewielu scen, podczas oglądania których czułem prawdziwą satysfakcję. W sumie to dziwnie się czuję, że piszę o tym, że satysfakcję sprawiało mi oglądanie jak stary (i półnagi) facet trenuje.. Jednak to czego na pewno nie kupuje w tym filmie to postać Doomsdaya, która jest po prostu zbędna. Nawet to, że teraz o nim wspominam to nie spoiler, bo zwiastuny, chcąc nie chcąc, zdradziły nam większość ważniejszych fragmentów fabuły. Czas, który w filmie jest przeznaczony na Doomsdaya można było śmiało zagospodarować w inny lepszy sposób – chociażby rozbudowując wątek konfliktu naszych tytułowych bohaterów czy chociażby pokazać więcej Wonder Women. Bo Gal Gadot, jaka by nie była, to w tej roli odnalazła się co najmniej poprawnie.

Szkoda tylko, że rola naszej Amazonki w większości polega na tym aby ładnie wyglądać na ekranie, gdy już się na nim pojawi. Ewentualnie popatrzeć w ekran komputera przez kilka minut w scenie, gdzie twórcy zaserwowali nam kilka teaserów swoich kolejnych projektów (!) czy na końcu znikąd pojawić się przebraną w swoje wdzianko i walczyć u boku naszych herosów. No nie kupuje tego za bardzo, choć motyw muzyczny ma najlepszy w całym filmie.

Gdy już jesteśmy przy muzyce, to wyżej wspomniany motyw jest niestety jedynym, który zapadł mi w pamięć. Coś tu nie gra (i to dosłownie), ale ścieżka dźwiękowa tego filmu jest po prostu słaba i to bardzo. Aż prosi się aby Supermanowi czy Batmanowi towarzyszyły jakieś charakterystyczne motywy, już nawet nie muszą być epickie, ale żeby chociaż człowiekowi po seansie brzmiały jeszcze przez jakiś czas. Niestety Hans Zimmer się nie popisał, a szkoda.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości to film, który rozczarowuje od początku do końca. Od scenariusza, który nie dość, że pisany na kolanie, poprzez słabe efekty specjalne czy muzykę. A o słabo nakreślonej fabule czy postaciach już nawet nie chce mi się wspominać. Jednak aż głupio mi przyznać, ale film ma swoje momenty, które pewnie w głównej mierze sprawiały, że nie wyszedłem z sali albo po prostu nie zasnąłem. Może to też moja wiara, że skoro krytyce aż tak bardzo zjechali ten film to na złość im spodoba mi się ta produkcja. Może wersja reżyserska naprawi co nie co z tej historii albo chociaż sprawi, że niesmak po seansie będzie mniejszy niż obecnie.

MOOOOOOOOOOOOOOOOOOORTAL KOOOOMBAT!
MOOOOOOOOOOOOOOOOOOORTAL KOOOOMBAT!

Czuję, że twórcy po prostu stanęli w rozkroku tworząc ten film, bo materiału mogłoby im starczyć na dwa jak nie na całą trylogię. Ktoś chciał tak, ktoś inny inaczej i w końcu wyszło coś nijakiego. Bo to, że film, w którym pojawia się Superman i Batman zarobi było wiadomo od dawna, o tym czy ten obraz rozpędzi maszynę kinowego uniwersum DC już nie do końca.

Ale po cichu wciąż liczę, że solowy film o Batmanie z Affleckiem czy Wonder Woman okażą się jednak czymś co sprawi, że jeszcze warto będzie czekać na DCU. Na chwilę obecną jest bardzo przeciętnie. I przesadnie mrrrrocznie.

Marcin Góra

View all posts