Żyjemy w czasach, kiedy to na ekranach kin królują hollywoodzkie superprodukcje o komiksowych superbohaterach. Kapitan Ameryka, Iron-Man, Spider-Man, Thor, Batman.. mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, a i tak trzeba pamiętać, że wachlarz postaci jest na tyle duży, jeśli chodzi o produkcje filmowe, że stale rośnie. Nie ma się czemu dziwić, skoro sukces goni sukces, co pozwala wytwórniom produkować filmy o bohaterach, o których jeszcze z 5 lat temu nie pomyślałbym, że powstaną filmy o takich postaciach jak chociażby Dr. Strange’a czy Ant-Man. Ale dlaczego piszę o tym? Bo to ważna kwestia odnośnie tego jakim filmem jest Birdman.

birdman1

Nie bez powodu piszę o aktorach, którzy obecnie są u szczytu sławy, dzięki temu, że wcielają się w komiksowych bohaterów. Główny bohater Riggan Thomson (w tej roli Michael Keaton) był kiedyś sławny właśnie z powodu tego, że wcielał się w postać superbohatera zwanego właśnie Birdman. Dziś niestety jego życie nie wygląda tak jak kiedyś. Jego kariera zwolniła, w życiu osobistym nie wiedzie mu się za dobrze, szczególnie w relacjach z córką (Emma Stone) a i sam ma żal do całego świata o to w jakiej sytuacji obecnie się znajduje. Bardzo dobrym tego przykładem jest scena, gdy główny bohater narzeka na to, że Robert Downey Jr. wybił się ponownie właśnie grając superbohatera. I nie ma w tej scenie nic śmiesznego jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, myśląc że to takie oczko puszczone w stronę widza. To przede wszystkim doskonały przykład, który obrazuje ogrom smutku i autoironii do własnej osoby, którą posiada nasz główny bohater.

birdman2

To właśnie powrót na szczyt Thomsona jest główną osią fabuły, która nakręca całą akcję w filmie. Riggan chcąc wrócić na szczyt postanawia coś zrobić ze swoim życiem, i to przede wszystkim w poważny sposób, dlatego postanawia zagrać w broadwayowskiej adaptacji opowiadania Raymonda Carvera. Niestety, już od samego początku filmu widzimy, że Thomson nie jest oazą spokoju a z czasem dochodzą mu tylko kolejne zmartwienia. Do obsady dołącza kapryśny i arogancki Mike Shiner (w tej roli Edward Norton), dziewczyna naszego bohatera (Andrea Riseborough) oznajmia mu, że jest w ciąży, a jego córka potrzebuje szczególnej odwagi, gdyż dopiero co wyszła z odwyku. Także Jake (genialny Zach Galifianakis, który pokazuje swoje drugie, niekomediowe oblicze) odpowiedzialny za zorganizowanie całego przedstawienia coraz bardziej zaczyna powątpiewać w to, czy Thomson udźwignie to wszystko.

I może się wydawać, że to zwykły dramat z elementami komedii, jednak po kilkunastu minutach widz uświadamia sobie, że nie ogląda kolejnego zwykłego filmu a prawdziwy spektakl, który wręcz wciąga człowieka. Widz zaczyna przejmować się nie tyle tym co widzi na ekranie, ale tym co siedzi w bohaterach głęboko w ich sercach czy w głowach. A takie sceny, gdy widzimy szaleństwo Thomsona, podczas którego rozmawia ze swoim wewnętrznym ja lub gdy jego drugie oblicze przybiera postać Birdmana poczułem u siebie przerażenie, coś czego nie czułem od bardzo dawna podczas jakiegokolwiek seansu. Poczułem się jakbym został wciągnięty przez twórców na widownie teatru, na scenie którego rozgrywają się osobiste dramaty bohaterów. Czułem, że mam ich na wyciągnięcie ręki, co może trochę dziwnie i przerażająco brzmieć, jednak tak właśnie się czułem.

Jaki jest Birdman? Nie jest to na pewno obraz, który łatwo scharakteryzować, jedni po jego obejrzeniu pokochają go, drudzy szczerze znienawidzą. Nie wyobrażam sobie, że znajdzie się ktokolwiek kto będzie całkowicie obojętny wobec tego filmu. A jeśli już tak się stanie, to.. niech ta osoba obejrzy go jeszcze raz.

Alejandro González Iñárritu, czyli reżyser oraz autor scenariusza, stworzył nie tyle co film, ale spektakl, który wciąga widza i umiejętnie się bawi jego emocjami. Jak dla mnie jeden z lepszych filmów, które widziałem. A analizę tego o czym tak na prawdę jest Birdman pozostawiam już każdemu z Was, każdy zrozumie ten film na swój własny sposób. Dla mnie to film o człowieczeństwie, raz jesteśmy na szczycie, innym razem na samym dnie. Raz jesteśmy szczęśliwi, innym razem toniemy we własnym szaleństwie.