Ten film zrobi z wami to co Limp Bizkit z muzyką w latach 90-tych

Wolverine: Geneza to słaby film, ale to właśnie w nim pojawiła się postać Deadpoola. Od tego momentu fani na całym świecie marzyli, aby Wade Wilson doczekał się własnego filmu. Problem polegał na tym, że już jego pojawienie się we wspomnianym filmie było, co by tutaj dużo nie mówić, po prostu żenujące. Mało tego, Ryan Reynolds nie miał szczęścia do filmów, w których wcielał się w komiksowego bohatera. Pewnie do dziś Zielona latarnia śni mu się po nocach. Jednak na przekór wielu przeciwności losu film o Deadpoolu powstał i to w kategorii R, co w filmach komiksowych jest praktycznie nie wykonalne. No bo po co odbierać sobie zarobek w postaci młodszych osób, które tak tłumnie chodzą na kolejne przygody superbohaterów do kin?

Zrobię z Tobą to co Limp Bizkit z muzyką w latach 90-tych

Mimo wszystko po wielu latach bojów i trudów w końcu doczekaliśmy się filmu, choć nie obyło się bez pewnych kompromisów. Budżet filmu to „tylko” 40 milionów dolarów, co w porównaniu z podobnymi produkcjami wypada niezwykle mizernie. Niestety tę kwotę widać na ekranie i aż prosi się, aby w niektórych scenach efekty były bardziej dopracowane (szczególnie Colossus wygląda tak mizernie, że aż nie wiadomo się czy cieszyć się czy płakać). Mały budżet sprawił także, że kampania reklamowa praktycznie nie istniała. Piszę tutaj praktycznie, bo za reklamowanie filmu tak na prawdę odpowiedzialny był Reynolds.

To on co jakiś czas wrzucał zabawne zdjęcia, krótkie filmiki czy wpisy na swoim koncie na Twitterze. Dopiero chyba w momencie, w którym Manchester United nawiązał współpracę ze studiem filmowym zauważyłem jakąś większą reklamę tego filmu. I w sumie patrząc po wynikach kasowych taka kampania viralowa okazała się strzałem w dziesiątkę i czapki z głów dla Ryana Reynoldsa, bo odwalił kawał dobrej roboty. Ale czy pomimo tego film warty jest zobaczenia?

[ecko_wide]

Na czer­wo­nym kostiu­mie nie widać krwi, zapa­mię­taj­cie
Na czer­wo­nym kostiu­mie nie widać krwi, zapa­mię­taj­cie

[/ecko_wide]

I tak, i nie. Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że Deadpool to postać specyficzna i nie każdemu może się ona spodobać. Kategoria R dodatkowo może oznaczać, że w filmie zobaczymy zarówno dużo krwi jak i nagiej piersi (wink, wink), a i same żarty mogą zahaczać o „kiblowy” humor, który niekoniecznie musi być akceptowalny dla każdego. No i Deadpool to postać, która niejednokrotnie łamię czwartą ścianę i zwraca się do widza.

Rzadko to mówię, ale „nie połykaj”

Fabuła filmu opiera się na dwóch wątkach. Pierwszy z nich to wątek miłosny pomiędzy Wade’m i Vanessą, drugi natomiast to typowy wątek zemsty. O ile pierwszy jest według mnie genialny, gdyż czuć pomiędzy tymi dwoma prawdziwą chemię, na tyle na ile pozwala sama stylistyka, to o tyle drugi już nie za bardzo mnie porwał. Nasz główny czarny charakter, czyli Francis vel Ajax jest beznadziejny. I zgodzę się z tym, że nie musi to być przeciwnik na miarę tych najsłynniejszych szwarccharakterów, bo już sam Deadpool jest niejednoznaczny, no ale gdyby ta postać była „jakaś” to by było dobrze.

Niestety jest nijaka i pozbawiona jakichkolwiek uczuć (choć to akurat wyjaśnili w filmie). To co łączy te dwa wątki to geneza naszego (anty)bohatera, która wplatana jest w historię w postaci flashbacków, które moim zdaniem nie do końca są w stu procentach prawdziwe. Po seansie odniosłem takie wrażenie, że Deadpool, choć zdaje sobie sprawę, że jest w filmie to już niekoniecznie jest do końca szczery z widzem i momentami mógł co nieco podkoloryzować czy nie domówić. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jego geneza jest o niebo lepsza niż chociażby ta Wolverine’a i to jest plus.

Love is in the air!
Love is in the air!

Wspomniałem wcześniej o humorze i wypadałoby napisać o tym trochę więcej: humoru jest sporo! Przede wszystkim mamy tutaj odniesienia do popkultury z dużym naciskiem na komiksy jak i na same filmy komiksowe. Szczególnie rozbawił mnie dialog, w którym Wade zastanawia się kto jest teraz Profesorem X w X-Menach. Mamy także odniesienia do muzyki czy filmów, ale mamy też wiele humoru, o którym wspomniałem używając określenia „kiblowy”. I to już jest rzecz, którą albo się załapię albo po trzydziestu minutach będzie się chciało wyjść z kina bo po prostu poczujemy zgorszenie. Ja wytrzymałem do końca, choć nie wszystkie kawały mi się podobały. Dużym minusem jest także to, że gdy już coś śmiesznego pojawiało się to zanim skończyłem się śmiać to pojawiała się kolejna rzecz do śmiechu i po prostu nie wyłapywałem wszystkiego na bieżąco.

To chyba także dobry powód, aby zobaczyć ten film jeszcze raz i wyłapać tych smaczków jeszcze więcej. No i słynne już przełamywanie czwartej ściany było w ilości, która mnie satysfakcjonowała, choć doszły mnie słuchy, że ludzie narzekają, że jest tego mało. No, ale tak szczerze, oglądamy film czy jakieś wywody do kamery pewnego śmieszka w czerwonym stroju? To tylko dodatek, który ma zaskoczyć, rozśmieszyć czy zakłopotać widza. Bo wiecie, to ma tak działać, że oglądamy film, zagłębiamy się w fabule i nagle Wade zwraca się do nas i mówi, że fajnie, że go oglądamy i… dalej wracamy do oglądania filmu.

Jakie płynu używacie do mycia naczyń? Bo ten facet używa Ajaxa ;)
Jakie płynu używacie do mycia naczyń? Bo ten facet używa Ajaxa ;)

Deadpool, który przy śmiesznie niskim budżecie i kategorii R, okazał się naprawdę bardzo udanym filmem. Oczywiście ma pełno wad od dziur fabularnych, kiepskim czarnym charakterze aż po słabe efekty specjalne kończąc. No, ale pomimo tego wszystkiego jest to całkiem niezły film, który jest naprawdę bardzo dobrą ekranizacją komiksu. W porównaniu chociażby do Batmanów Nolana czy filmów ze stajni Marvela, które mimo wszystko lubię, jest to bardzo udane przełożenie komiksu na film, który pomimo specyfiki samego medium jest bardzo.. komiksowy. A czy warto iść do kina? Nie odpowiem na to pytanie..

Żartuje.

Idźcie.