Film „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi” bardzo mi się podobał (tutaj wyjaśniam dlaczego)

0
192

Dwa lata temu „Przebudzenie Mocy” dosłownie „obudziło” wielu fanów z letargu na całym świecie. Powrót Gwiezdnych Wojen do kin to zawsze wielkie wydarzenie. Nawet jeśli nowy film dzieli widzów w swoich opiniach. „Ostatni Jedi” według mnie był udanym startem kolejnej Trylogii o przygodach bohaterów z naszej ukochanej galaktyki, jednak z biegiem czasu, i z każdym kolejnym seansem, utwierdzałem się w przekonaniu, że film jest skrojony zarówno pod nowych jak i starych fanów, którzy po prostu chcieli ponownie zobaczyć swoich ukochanych bohaterów ,znanych z Oryginalnej Trylogii, w towarzystwie nowych. Zakładając, że każdy z nas ma własne zdanie o Epizodzie VII, czy to pozytywne czy negatywne, przed seansem „Ostatniego Jedi” powinien oczyścić głowę ze wszystkich z swoich uprzedzeń czy oczekiwań.

Epizod VIII zaczyna się od prawdziwego trzęsienia ziemi. Nasi bohaterowie nie otrząsnęli się jeszcze z wydarzeń ukazanych w poprzednim filmie, rany nie zabliźniły się jeszcze (i to dosłownie) a już muszą stawić czoła nowym zagrożeniom. Jednak i w tym wszystkim jest jeden minus – pierwsze kilkanaście minut to taka powtórka z „Przebudzenia Mocy”. Humor i stylistyka jest podobna, co może u niektórych wywoływać zgrzytanie zębów. Jednak wszystko idealnie „naprawia” jeden moment, który oddziela jedną grubą kreską przygodowy i bardziej rodzinny klimat Epizodu VII od tego czego możemy zacząć spodziewać się w najnowszej odsłonie.

To wszystko sprawia, że twórcy posiadając bohaterów, którzy są nam znani, mogą z nimi zrobić co tylko im się zamarzy i pchnąć ich do przodu w najmniej oczywisty sposób. I to w sposób, który może zaskoczyć niejednego fana z długoletnim stażem – spokojnie, to nie jest odświeżona wersja „Imperium kontratakuje”. To nawet nie jest to co możemy bardzo często zobaczyć w sequelach – tutaj przede wszystkim pierwszeństwo mają uczucia, a dopiero później wydarzenia, w centrum których są nasze postacie. Często na ekranie widzimy sceny, w których czuć, że nasi bohaterowie aż walczą sami ze sobą i nie wiedzą jak zareagować. Sam byłem zaskoczony tym jak przekonująco można pokazać znane wszystkim „rozum myśli jedno, a serce drugie” i to w tym uniwersum.

To przecież jeden z tych zarzutów, który ciągnie się w Gwiezdnych Wojnach od prequeli. O tym, że postacie są płaskie, źle zagrane i mało przekonujące. To był też jeden z tych elementów, na który narzekało naprawdę sporo osób w związku z poprzednim filmem. Uczucia – to jest jeden z tych elementów, którymi będą opisywał ten film. I to naprawdę bardzo spora dawka uczuć. Bo nic chyba nie działa tak bardzo na drugiego człowieka jak uczucia przekazywane przez innego. Były momenty, gdy czułem złość i chciałem stanąć do walki, był strach, było współczucie i był też smutek, a nawet w kilku scenach mimowolnie poleciało mi kilka łez. Rian Jonhson idealnie zagrał na uczuciach ukazując ludzki pierwiastek w bohaterach.

Bardzo dobrym rozwiązaniem, jeśli chodzi o postacie, było podzielnie ich na duety. To sprawia, że często widzimy dwa różne charaktery, które się ze sobą nierzadko dobrze dogadują czy ze sobą współpracują. Są duety lepsze, są duety gorsze, ale nie ma duetów źle dobranych. To nie znaczy też, że film to tylko sceny pomiędzy dwoma postaciami, jednak zazwyczaj to dwójka bohaterów gra pierwsze skrzypce w danej scenie, a dopiero postacie będące na drugim planie, który jest bogatszy niż ten w „Przebudzeniu Mocy”. Nie ma tutaj scen, w których kamera pędzi na złamanie karku po gościach kantyny, aby jak najszybciej pokazać nam Maz Kanatę w swoim zamku. Tutaj wiele elementów z drugiego planu jest równie ważne i odgrywa istotną rolę, a przede wszystkim widać, że żyje własnym życiem co naprawdę bardzo cieszy oko.

Wśród znanych nam bohaterów najlepiej chyba wypada duet Rey (Daisy Ridley) z Kylo Renem (Adam Driver), którzy napędzają działania każdej ze stron w równym stopniu, ale minimalne wygrywa tutaj występ Drivera i jego Kylo, który mam nadzieję spodoba się osobom, które do tej pory nie mogły strawić „płaczliwego” Mistrza Rycerzy Ren. Finn (John Boyega) po raz kolejny musi się zmierzyć ze swoimi demonami z przeszłości mając tym razem przy swoim boku Rose Tice (Kelly Marie Tran), która przy Finnie rozwija swoje skrzydła w służbie Ruchu Oporu. Poe Dameron (Oscar Isaac) jest dalej tym samym bohaterem, ale im dalej tym staje się coraz bardziej wyrazistą postacią, oraz co może wiele osób zadowolić, jest go o wiele więcej niż w Epizodzie VII.

Podobna sytuacja jest w przypadku Luke’a Skywalkera (Mark Hamill), który w końcu się odzywa, ale przygotujcie się na to, że będziecie musieli na nowo „nauczyć się” tej postaci. To nie jest ten sam chłopak z farmy wilgoci na Tatooine. To zupełnie nowe, i świeże, spojrzenie na jedną z najbardziej kultowych postaci w światowej popkulturze. Trudno mi nawet określić, które momenty Marka Hamilla w tym filmie są lepsze – gdy siedzi cicho i gra głównie mimiką swojej twarzy i większość emocji przekazując oczami czy sceny, gdy mówi, a wręcz krzyczy – jeśli w głowie zobaczycie obraz Jokera (dubbingowanego przez wiele lat właśnie przez Hamilla) skojarzenie będzie jak najbardziej trafione. Tak jak mówili twórcy – oczekujcie nieoczekiwanego.

Ta sama sytuacja ma się z Leią – to ta sama Pani Generał, choć dla wielu z nas wciąż jest księżniczką, jednak dodano jej czegoś czego próżno szukać w poprzednich filmach. Więcej w Lei z Carie Fisher niż z samej księżniczki, ale to może też z tego powodu, że każda scena z Leią była niezwykle emocjonująca dla mnie mając, mając wciąż w głowie śmierć aktorki. Przeciwieństwem Pani Generał jest zapewne wiceadmirał Holdo (Laura Dern), która na pierwszy rzut oka jest postacią z jasno nakreślonym planem działania i może wywoływać skrajne emocje, ale z biegiem czasu zyskuje wiele. Inaczej ma się sprawa z bohaterem, w którego wciela się Benicio Del Toro, gdyż ma się wrażenie jakby nie pokazał wszystkich swoich zdolności aktorskich i ginie trochę w zestawieniu z pozostałymi bohaterami, którzy zaliczyli swój debiut w „Ostatnim Jedi”. Podobnie ma się sytuacja z generałem Huxem (Domhnall Gleeson) i Najwyższym Wodzem Snoke’iem (Andy Serkis). Oboje mają po prostu za mało czasu ekranowego, aby pokazać coś więcej. Jest ich więcej niż w Epizodzie VII, mają znaczący wpływ na fabułę, ale pierwszy głównie wydaje rozkazy, a drugi głównie siedzi na swoim tronie i dyryguje wszystkim i wszystkimi przy okazji siejąc strach i terror. Jest też i kapitan Phasma (Gwendoline Christie), ale to jaką ma rolę w tej historii musicie zobaczyć i ocenić już sami.

Nie byłoby jednak Gwiezdnych Wojen, gdyby nie cała warstwa audiowizualna, która sprawia, że każdy z nas może zanurzyć się w tym świecie. Krótko mówiąc jest bardzo dobrze. Spece z ILM po raz kolejny pokazali, że są jednymi z najlepszych w swoim fachu i tknęli nowe życie w świat, który znamy i lubimy. Nowe planety wyglądają obłędnie zarówno na orbicie jak i na powierzchni. Powtórzę kolejny raz, ale drugi plan żyje swoim własnym życiem i napewno z przyjemnością będę szukał kolejnych szczegółów ukrytych w tle. Crait to surowa planeta pokryta solą przypominająca swoim klimatem klasyczne planety z Oryginalnej Trylogii. Cantonica to miejsce pełne bogatych i wpływowych ludzi w galaktyce, to także miejsce mające swoje drugie dno, a klimat zewnętrzych zabudowań z chorwackiego Dubrownika ciekawie współgra z nowoczesnym wykończeniem wewnątrz pomieszczeń. A Anch-To to przede wszystkim piękne naturalne krajobrazy, które skrywają niejedną niespodziankę.

Efekty specjalne zarówno komputerowe jak i praktyczne cieszą oko, choć nie obyło się bez kilku wpadek, które bardzo kłują w oko i aż prosi się aby efekt wygenerowany komputerowo zastąpić tymi praktycznym czy na odwrót. Pomimo tych kilku potknięć film ogląda się przyjemnie, cieszą krajobrazy, scenografia czy też modele statków oraz flora i fauna na planetach (dalej nie wiem czy lubię bardziej Porgi czy Vulptexy, czyli kryształowe lisy). Jest też kilka niestandardowych rozwiązań wizualnych, których do tej pory widzieliśmy w filmach z serii, kilka jest nam dobrze znanych a jeszcze inne są na całkim nowym poziomie. Niestety najgorzej w tym wszystkim wypada muzyka, bo o ile ścieżka dźwiękowa jak i samo udźwiękowienie jak to się mówi „robią robotę” tak John Williams kolejny nagrał coś co nie ma wyrazu i jak w przypadku „Przebudzenia Mocy” lepiej będzie brzmiało słuchane z płyty niż podczas kolejnego seansu. Jedynymi momentami, które wywoływały u mnie jakiekolwiek poruszenie to te, gdy Williams wplatał w ścieżkę dźwiękową klasyczne motywy, które tak bardzo kochamy, a użycie niektórych motywów w pewnych scenach wręcz chwyta za serca fanów.

Niestety aby nie było tak idealnie warto wspomnieć o humorze, który, pomimo poważniejszej atmosfery filmu, jest w naprawdę dużej ilości. Są żarty, które rozluźniają atmosferę, jest momentami czarny humor, ale są też momenty, w których z ekranu aż wylewa się humor z Epizodu VII i to ten, o którym najlepiej byłoby zapomnieć. Jest też wiele scen, które wydają się sztucznie wydłużać i tak już długi film, ale są też takie, które chętnie zobaczyłbym dłuższe. Zdaje sobie jednak sprawę, że twórcy musieli iść na jakiś kompromis i wszystko poukładać to w taki sposób, aby pasowało do ich narracji, a nie do tego co fani chcą zobaczyć.

Ostatni Jedi” to podróż, więc przed wyruszeniem w drogę oczyście swoje głowy, nie miejcie oczekiwań, nie czekajcie na swoje wymarzone momenty. Przede wszystkim nie starajcie się szukać w tym wszystkim tego co chcielibyście sami zobaczyć na wielkim ekranie oraz schematów. Rian Johnson i spółka pokazali, że wszechświat Gwiezdnych Wojen jest wciąż pełen zagadek i warto je odkryć. Epizod VIII to nie jest też film, który ma zamiar naprawić poprzedni film, on po prostu rusza z kopyta tam, gdzie żaden z fanów nie był jeszcze podczas swojej przygody. „Ostatni Jedi” jest świeży i zaskakujący, jest piękny wizualnie a zarazem tak bardzo przyziemny. Jest o bohaterach z odległej galaktyki a zarazem o tym, jak bardzo ludzcy potrafią oni być. Dla mnie najmocniejszą stroną tej odsłony gwiezdnej Sagi są uczucia – te, które widzimy na ekranie oraz te, które są wywoływane w widzach. Oczyście głowy i zapnijcie pasy bo czeka Was długa i ciekawa podróż do odległej galaktyki, która was zaskoczy niejeden raz.

 

Recenzja pojawiła się również na łamach serwisu Bastion Polskich Fanów Star Wars.