Liczby nie kłamią. Bo jak mają kłamać skoro filmowa trylogia Władcy Pierścieni zdobyła łącznie 17 Oskarów. Wynik imponujący, ale z drugiej strony te trzy filmy należą do kategorii filmów wybitnych pod każdym względem, takich filmów się nie kręci, takie filmy się po prostu tworzy. Świat, który najpierw Tolkien opisał na kartach swojej powieści ożył dzięki Peterowi Jacksonowi i jego własnej wizji i interpretacji dzieła Mistrza. Jakkolwiek by ten film nie był, czy się nam podoba czy też nie, czy na nim zasypiamy czy bez przerwy od pierwszych minut aż do końca seansu wszystko przeżywamy razem z bohaterami i aż toniemy w świecie wykreowanym w filmach Jacksona, to można śmiało powiedzieć, że Władca Pierścieni to trylogia kompletna i dziś mimo upływu ponad 10 lat od premiery Drużyny Pierścienia film praktycznie się nie zestarzał. Zatem jak jest z Hobbitem, innym słynnym dziełem Tolkiena? Czy aby na pewno jest to opowieść, która może tak samo porwać człowieka jak Władca?

Rok temu w podsumowaniu najlepszych według mnie filmów 2012 roku wspomniałem o Hobbicie i patrząc z perspektywy czasu mogłem osobno opisać film Jacksona, ale prawda była też taka, że bardzo chciałem zrobić to podsumowanie z uwzględnieniem trzech filmów takich jak Avengers, Mroczny Rycerz Powstaje i właśnie wcześniej wspomniany Hobbit, że w końcu wyszło jak wyszło. Sam film Jacksona obejrzałem w miarę późno, można śmiało powiedzieć, że gdy ja oglądałem przygody Bilbo i krasnoludów, niektórzy już byli pewnie ze dwa jak nie więcej razy w kinie. Dlatego postanowiłem, że nowego Hobbita obejrzę w miarę szybko i postaram się opisać to co myślę, a czuję, że twórcy trochę za bardzo wierzą w magię liczb, a szczególnie w magię 17 Oskarów..

Niezwykła Podróż na Pustkowia Smauga

Poprzedni film, czyli Niezwykła Podróż zostawił widza (i celowa tutaj używam tego słowa) w momencie, gdy Bilbo wraz z krasnoludami uciekli Orkom a ich oczom pojawiła się Samotna Góra, czyli Erebor – cel ich podróży. Pustkowie Samuga zaczyna się… nie, nie od tego samego momentu gdzie skończyła część poprzednia. Jackson chyba nie byłby sobą, gdyby zaczynał swoje filmy tam gdzie kończą się poprzednie. Otóż na początku dostajemy scenę, w której Gandalf proponuje swoją pomoc Thorinowi Dębowej Tarczy w odbiciu Ereboru z rąk, czy raczej szponów, Smauga. Parę dialogów…i jesteśmy 12 miesięcy później, czyli w obecnych czasach, w momencie gdy nasza gromadka ucieka przed swoimi prześladowcami. I ta scena jest naprawdę fajna, jakkolwiek nie pamiętam jej z książki to jednak rzuca nowe spojrzenie na całą wyprawę naszych bohaterów, a i zobaczyć samego reżysera w początkowej scenie jak je marchewkę jest po prostu fajne. Ale co z historią, co z naszymi bohaterami, co wreszcie z naszym tytułowym Hobbitem?

Cała nasza drużyna uciekając przed Azogiem i jego świtą trafia do domu Beorna, olbrzyma, który potrafi zmieniać się w niedźwiedzia i choć nie pamiętam szczerze jak to było w książce, to jednak wydaje mi się, że postać Beorna była lepiej przedstawiona na kartach powieści Tolkiena niż w filmie, gdzie oprócz kilku zdań, jakiś dziwnych dialogów ta postać po prostu daje kuce naszej gromadce by ta mogła podróżować dalej. Zaskakujący jest fakt, że choć chciałbym więcej tej postaci to miałem podczas seansu jakieś dziwne uczucie, że Jackson nam da więcej w wersji reżyserskiej, dziwne uczucie oglądać film z przekonaniem, że dostaliśmy 2/3 finalnego produktu, ale cóż, ten reżyser tak już ma, lubi dopieścić swoje filmy, ale dopiero po czasie. Jednak Beorn nie jest tutaj najważniejszy a raczej to co dzieje się dalej z naszymi bohaterami, którzy trafiają do Mrocznej Puszczy, gdzie muszą zmierzyć się z pająkami by później trafić do niewoli do Leśnych Elfów, wśród których możemy spotkać starego znajomego Legolasa, jego ojca o wybujałym ego Thranduila czy piękną elfke imieniem Tauriel graną przez Evangeline Lily znaną z telewizyjnego serialu Lost.

Evangelina Lily jako Tauriel
Evangelina Lily jako Tauriel

O ile dwaj pierwsi panowie są mi znani to ta pani, a raczej jej obecność trochę razi oczy, bo nie było jej w książce. Zrozumiem fakt, że kobiety muszą mieć kogoś z kim mogłyby się utożsamiać podczas seansu, ale po pierwsze jak już kobieta z wami poszła na seans to albo lubi klimat Śródziemia albo przekonałeś ją, że na ekranie zobaczy wielu przystojnych mężczyzn, do których będzie mogła wzdychać przez blisko trzy godziny. A po drugie to po co jej wciskać taki głupi wątek miłosny, który jest bardziej komiczny niż prawdziwy, ale cóż jakoś historię trzeba ubarwić i w ogólnym rozrachunku nawet polubiłem Tauriel, czego nie można powiedzieć o królu elfów Thranduilu. Władca elfickiego królestwa jest aż tak odpychającą postacią, że człowiek aż chce mu przyłożyć siedząc na sali kinowej. Najlepiej z całej trójki wypada Legolas, który aż kipi pogardą i nienawiścią do krasnoludów co fajnie kontrastuje z tym co później widzimy w trylogii, gdzie wraz z Gimlim stali się przyjaciółmi. Szczególnie jedna scena jest śmieszna, będziecie wiedzieć, która, gwarantuje. Minus Legolasa to fakt, że jeśli tylko może to zjeżdża po czymś niczym rasowy snowboardzista. No proszę was, raz to było fajne, ale jeśli dostajemy to praktycznie co chwilę to trochę robi się drażniące. A, no i scena gdy nasza cała drużyna ucieka od elfów w beczkach i to co się wtedy dzieje jest jedną z lepszych scen jeśli chodzi o dawkę humoru, że mógłbym ją oglądać wiele razy.

#KiedyZapytajBeczkę u Krzysztofa Gonciarza?
#KiedyZapytajBeczkę u Krzysztofa Gonciarza?

Z Mrocznej Puszczy trafiamy do miasta na wodzie, czyli Esgaroth, które wygląda niczym wyjęte z jakiegoś skansenu. I niech nikt mnie nie zrozumie źle i nie myśli, że drwię sobie teraz ale kiedyś byłem w Biskupinie i byłem oczarowany tym co zobaczyłem. Kilka skansenów też zwiedziłem i zawsze z olbrzymią przyjemnością zwiedzałem te wszystkie stare chaty i miło wspominam te doświadczenia po dziś dzień. Dlatego nie powinno nikogo zdziwić fakt, że gdy tylko zobaczyłem na ekranie to miasto moje oczy pochłonęły je w jednym momencie i tylko żałuję, że ta część filmu, której akcja rozgrywa się właśnie w Esgaroth jest chyba najsłabszym momentem w całym filmie. I mimo że polubiłem wygląd miasta, polubiłem bardzo Barda i jego rodzinę to jednak ta cała akcja w tym momencie tak strasznie zwolniła, tak, że nawet krasnoludy wychodzące z toalety mnie nie rozśmieszyły.

Smoki i Lochy bez lochów ale ze złotem

Kluczowym momentem filmu jest wizyta u tytułowego smoka, czyli Smauga. To właśnie tutaj zaczyna się największa zabawa bo nasz główny „przeciwnik” jest genialny. Od samego wyglądu wygenerowanego komputerowo, jednak przy pomocy techniki motion capture a ciała naszemu Smaugowi udzielił sam Khan.. Sherlock… Benedict Cumberbatch. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jest to jedna z lepszych komputerowych bestii, jakie widziałem i choć bałem się o efekt końcowy to stwierdzam, że jestem zadowolony i to bardzo a główna w tym zasługa samego aktora, który również udzielił smokowi swojego głosu, który po przesterowaniu brzmi naprawdę groźnie i choć ciarki przechodzą po człowieku to słucha się Smauga z niezwykłą przyjemnością. Naprawdę jakkolwiek polski dubbing byłby dobry to wiele się traci oglądając film właśnie w takiej wersji. O ile mogę jeszcze przymknąć oko (czy raczej zatkać ucho?) na Gandalfa Szarego w polskiej wersji, który przemawia głosem Obelixa to głos Smauga jest tak genialny w oryginale, że grzechem jest słuchać go mówiącego w naszym rodzimym języku. A wiem co mówię bo widziałem końcówkę w obu wersjach i mimo wszystko Cumberbatch jest cudowny w voice actingu Smauga.

Benedict Cumberbatch i jego motion picture Smauga

To co może razić to fakt, że momentami film wygląda jakby wszyscy graficy w ekipie Jacksona pracowali nad smokiem a resztę scen robili w wolnym czasie albo od niechcenia. Bo jak można wytłumaczyć fakt, że Smaug wydaje się tak rzeczywisty, że aż człowiek boi się, że bestia wyjdzie z ekranu a kilka minut później widzimy płynne złoto, które wygląda jak jakiś słaby render z taniego programu graficznego. W całym filmie jest też więcej scen, które może i dobrze wyglądają na pierwszy rzut oka, ale jeśli im się bliżej przyjrzeć to widać pewne niedbalstwo, które za kilka(naście) lat będzie nas śmieszyć lub też smucić podczas kolejnego seansu.

Smaug w całej okazałości

Ze smutkiem także stwierdzam, że oprócz utworu „I see fire”, który swego czasu wywołał prawdziwą burzę w internecie, nie mogę sobie przypomnieć żadnego motywu muzycznego z filmu, żadnej melodii. Trochę szkoda, ale za to utwór Eda Sheerana jest naprawdę godny polecenia i moim zdaniem idealnie się wpisał w klimat filmu.

Cliffhanger, który bardzo boli

Wychodząc z kina po zakończonym seansie chyba po raz pierwszy zrozumiałem jak czuli się Amerykanie w 1980 roku, gdy po seansie Imperium Kontratakuje musieli czekać trzy lata na wyjaśnieniem zakończenia filmu czy Darth Vader naprawdę jest ojcem Luke’a. Tak urwanego zakończenia nie widziałem od dawna. Nie potrafię sobie wyobrazić co niektórzy ludzie w kinie musieli czuć, gdy emocje sięgają zenitu, temperatura wzrasta, topnieją lodowce a my.. koniec. Koniec filmu i do zobaczenia za kilka miesięcy na seansie trzeciego Hobbita, który mam nadzieję, że nie będzie wyglądał wg wzoru godzina dla smoka, godzina na bitwę i godzina na powrót do domu.

Za całym szacunkiem do twórców, z całym szacunkiem do całego filmowego świata Śródziemia, które tak umiejętnie wykreował Jackson, obawiam się, że Pustkowie Smauga może podzielić los poprzedniego filmu i nie dostać żadnego Oskara. Bo choć widoki są jak zwykle przepiękne, smok zniewalająco realistyczny a film niesamowicie wciąga to czuję, że to jednak za mało. Druga część Hobbita już odniosła sukces na świecie, ale w moim osobistym odczuciu to film, który próbuje oderwać się od pępowiny Władcy Pierścieni i spróbować sam zapracować na swoją własną markę. Porównania zawsze będą, w końcu to ten sam świat, jednak myślę, że ludzie już wiedzą czego mogą się spodziewać po filmowym Hobbicie – akcji, humoru i przygody.

Książka, film… czy może komiks?

Na koniec zastanawiam się co jest lepsze w tym wszystkim: książka, film czy może komiks (jest jeszcze film animowany, ale to tylko tak raczej w ramach ciekawostki)? Książka Tolkiena to powieść, którą powinien przeczytać każdy fan gatunku, przyjemna krótka lektura powinna wystarczyć na jeden, góra dwa chłodne zimowe wieczory. Sam komiks to raczej powieść ilustrowana, bo więcej tam jest tekstu niż ilustracji i moim zdaniem powinien on służyć jako uzupełnienie przeczytanej wcześniej książki, a co z filmem?

Książka i komiks "Hobbit", choć bardziej pasuje powieść graficzna

Film, czy raczej trylogia, z której możemy cieszyć się dwoma filmami to historia hobbita Bilbo Baginsa, który wyruszył w niezapomnianą przygodę wraz z krasnoludami. Jeśli dorzucimy do tego Petera Jacksona odpowiedzialnego za Władcę Pierścieni i rozwleczemy akcję na trzy blisko trzygodzinne filmy otrzymamy to czym właśnie jest Hobbit.

Niech nikt mnie nie zrozumie źle, film naprawdę mi się podobał, nawet jeśli w moim odczuciu twórcy trochę pojechali za daleko jeśli chodzi o ich interpretację książki Tolkiena, ale ten film nie ma za wielkiej konkurencji a sukces poprzedniego dzieła Jacksona w pewnym sensie jeszcze przed premierę pierwszego filmu z serii ugruntował pozycję Hobbita. Bo to jest właśnie największy minus tej produkcji – brak konkurencji. Bo jeśli idziemy na seans z myślą, że dostaniemy kolejny film z cyklu Władcy to się zawiedziemy. Jeśli chcemy dobrego filmu fantasy, a raczej adventure fantasy, to wyjdziemy zadowoleni.

Szkoda tylko, że Hobbit w swojej kategorii ma tak słabą konkurencję bo naprawdę chciałbym go skonfrontować z innym filmowym dziełem fantasy, ale nie będę stawiał w szranki filmu Jacksona z naszym rodzimym Wiedźminem, mimo że w obu produkcjach jest smok. Dlatego tak bardzo czekam na film w uniwersum Warcrafta, który pokaże czy jeszcze coś można pokazać jeśli chodzi o filmowy gatunek fantasy, bo jak na razie wydaje mi się, że Peter Jackson ma na niego monopol, a to źle.

P.S. Smaug jest kapitalnie zrobiony, ale gdybym miał przyznawać Oskara za efekty to dałbym go twórcom Pacific Rim, wybaczcie.

Marcin Góra

View all posts