Pierwsza część przygód Kapitana Ameryki, czyli Capitan America: Pierwsze Starcie (gratuluje tłumaczenia tytułu tak w ogóle), nie była zła. Nie była też dobra. Ot, po prostu film, który musiał powstać aby w pewien sposób obciążyć fabułę Avengers przed żmudnym wprowadzaniem historii Kapitana Ameryki do filmowego uniwersum Marvela. Pierwsze Starcie to po prostu film, który wprowadza nas w historię Steve’a Rogersa od czasów, gdy był cherlawym i małym człowiekiem aż do momentu, gdy zrobiono z niego super-żołnierza walczącego na froncie II Wojny Światowej, stając się symbolem amerykańskiego snu o wolności. W trochę podkoloryzowanym, momentami kiczowatym a czasem nawet nudnym filmie. I choć większość zapewne stwierdzi, że Pierwsze Starcie jest po prostu filmem nudnym czy najsłabszym z pierwszej fazy Marvela to mi mimo wszystko się podobał. Naprawdę, serio lubię pierwszego Kapitana.

Jednak dopiero w Avengers nasz amerykański superbohater stał się tym kim miał być tak naprawdę od samego początku – prawdziwym dowódcą, facetem z krwi i kości. Nowy rozdział przygód Kapitana, czyli Zimowy żołnierz ukazuje nam kolejną metamorfozę naszego superbohatera a to wszystko okraszone dobrą muzyką, fajnymi efektami specjalnymi a przede wszystkim niebanalną, jak na filmy komiksowe, fabułą.

Akcja filmu rozgrywa się po wydarzeniach przedstawionych w Avengers – świat (kolejny raz) uratowany a Steve Rogers próbuje odnaleźć się na nowo w świecie, w którym cały czas czuję się zagubiony i wyobcowany. W końcu przespał niemało czasu w lodzie, prawda? W międzyczasie nasz bohater „pracuje” w S.H.I.E.L.D. (czy jak to ktoś pięknie przetłumaczył na nasz język TARCZA, szkoda, bo nazwa oryginalna jest rozpoznawalna wśród ludzi a polskie tłumaczenie brzmi dziwnie po prostu) raz za razem rozwiązując różne sprawy. To jednak nie zmienia nastawienia Steve’a do tego, że po prostu nie ufa S.H.I.E.L.D, może ufać ufa, ale coraz częściej zaczyna powątpiewać w sens całej organizacji. Jak się później okazuje swoje trzy grosze dokłada Nick Fury, który podczas teoretycznie rutynowej misji rozdziela zadania za plecami naszego bohatera. Gdy Steve odkrywa, że Czarna Wdowa (w tej roli Scarlett Johansson, swoją drogą czuć w filmie prawdziwą chemię pomiędzy tymi postaciami) wykrada tajne plany nic mu o tym nie mówiąc Kapitan zaczyna się czuć oszukiwany i zagubiony, w końcu sam już nie wie komu ufać. A to tylko wierzchołek góry lodowej jeśli chodzi o intrygę…
kap2_1
Z drugiej strony mamy wątek Alexandre’a Pierce’a, który pod pretekstem projektu Inside (który w polskiej wersji językowej został przetłumaczony bodajże jako „Wizja”), chce wprowadzić nowy ład na świecie eliminując wszystkich potencjalnych (!) złych ludzi używając przy tym algorytmu stworzonego przez.. doktora Arnima Zole, który notabene jest komputerem. To znaczy umarł a jego intelekt czy tam świadomość została przeniesiona do komputerów w dawnej bazie wojskowej, którą znamy z pierwszego Kapitana. To ten sam doktor, który działał z ramienia organizacji HYDRA, mało tego HYDRA wciąż działa wewnątrz S.H.I.E.L.D.. Intryga szyta grubymi nićmi a co najważniejsze to właśnie fabuła jest tutaj najmocniejszym punktem całego filmu a nie jak w poprzednich filmach Marvela widowiskowe efekty specjalne. Historia historią, ale gdzie w tym wszystkim miejsce dla tytułowego Zimowego żołnierza ktoś zapyta?

Zimowy żołnierz jest w filmie obecny, ale chyba po raz kolejny tytuł Marvela jest chyba zabiegiem mającym odróżnić filmy od siebie skoro tam u góry nie dają numerków (tytułowy Mroczny Świat nie był aż tak mroczny w Thorze :D ). Ale to nie tak, że nasz Zimowy nie jest zepchnięty na dalszy plan, on w tym filmie jest, ma nawet jakąś wspólną historię z Kapitanem, ale w tym filmie nawet Nick Fury, Czarna Wdowa czy nowy w towarzystwie Falcon mają odpowiednio napisane role, dzięki czemu nie są tylko dodatkiem czy też tłem tak jak to było w poprzednich odsłonach Marvel Cinematic Universe. W tym filmie aż czuć, że mamy bohaterów i postacie z którymi możemy się zżyć podczas seansu. A wszystko to idealnie współgra z wcześniej wspomnianą fabułą, która jest chyba „odchudzona” od efektów specjalnych ile się tylko da. Dla mnie to plus. Olbrzymi plus, który pokazuje, że w filmach Marvela wciąż drzemie nieodkryty potencjał, a że studio ma plany podobno do 2028 roku.. to można się tylko cieszyć (albo i nie).

Zimowy żołnierz szaleje.. w lecie.

Pod względem wizualnym to wciąż bardzo dobry obraz, który ogląda się przyjemnie od początku do końca, choć jeśli chodzi o efekt 3D to jest go tak dużo, że aż go nie zauważyłem. Dlatego problemem może okazać się fakt, że w polskich kinach na próżno szukać wersji 2D z napisami, oczywiście jeśli ktoś lubi dubbing to nic straconego. Ja tam mam do dubbingu stosunek obojętny, choć gdybym mógł obejrzałbym nowego Kapitana w wersji „normalnej” z napisami a nie z okularami na nosie. Szkoda, ale cóż zrobić, oby petycja coś dała.

Zimowy żołnierz to według mnie jeden z najlepszych, jak nie najlepszy, film Marvela, który jak dotąd powstał. Zdaję sobie sprawę, że już drugi Thor był dobry, jednak były tam jakieś drobne rzeczy, który mi mniej lub bardziej przeszkadzały. Pewnie gdybym po takim czasie obejrzał Thora 2 jeszcze raz pewnie i bym zmienił zdanie, ale cóż, Kapitan drugi jest lepszy, intensywniejszy i wywraca do góry nogami wszystko to co do tej pory znaliśmy z filmów Marvela. Szkoda tylko, że pomimo genialnej fabuły, idealnemu balansowi między historią a efektami komputerowymi gdzieś tam gubi się ścieżka dźwiękowa, która w moim odczuciu jest nijaka i po prostu po skończonym seansie trudno jest pod nosem zanucić jakiś motyw, który mógł się wbić do głowy. Z drugiej strony mamy kilka smaczków dla fanów komiksów jak np. wspomnienie Strange’a, który jest wymieniany jako jeden z potencjalnych celów projektu Inside.

Jeśli jeszcze jakimś cudem fan komiksów czy filmów Marvela jeszcze jakimś cudem nie widział najnowszych przygód Kapitan niech czym prędzej pędzi do kina, bo to grzech. Grzech z tych, które ciężko wybaczyć.

Kapitan i Falcon w akcji

Aha, są dwie sceny po napisach, jedna chyba wprowadza nas coraz bardziej do Strażników Galaktyki, a druga jest zapowiedzią tego… co się pojawi w filmach Marvela (przecież ON podpisał kontrakt na 9 filmów podobno)