KoRn i ich nowy album wynagradza fanom ich (muzyczne) cierpienia

0
35

Praktycznie większość zapowiedzi nowego albumu zespołu KoRn The Serenity of Suffering wskazywały na wielki powrót tej grupy. Nie będę tutaj już wspominał o tym, że już poprzedni longplay to miał być „comeback”. No, ale niestety nie wyszło. Jednak czy fani, którzy od naprawdę bardzo długiego czasu nie dostali solidnej płyty, tym razem mogli liczyć na coś więcej niż tylko album, który będzie czymś więcej niż poprawnym graniem z 2-3 utworami, które naprawdę zapadną w pamięć? Tytuł płyty jest bardzo adekwatny do sytuacji, w której znaleźli się fani. Dosłownie.

The Serenity Of Suffering można przetłumaczyć jako „cierpienie w spokoju”. Nie jest to może dosłowne tłumaczenie, ale myślę, że dobrze, moim zdaniem, odnosi się do fanów. Od czasów wydania Untouchables w 2002 roku zespół po równi pochyłej w dół kierował się coraz bardziej wydając kolejne płyty. Take A Look In the mirror” miał być powrotem do korzeni, a stał się przysłowiowym gwoździem do trumny, See You On The Other Side muzycznie była bardzo nierówna (pewnie dlatego, że większość utworów napisali nie oni sami a producenci), ósmy a zarazem nienazwany album brzmiał jak psychodeliczna rockowa opera, która idealnie pasowałaby do solowej twórczości Jonathana Davisa niż jako ich kolejna płyta.

KoRn III nawet nie chce mi się wspominać bo to tak miałki album, że już dubstepowa The Path Of Totality nie była taka zła jak wszyscy twierdzą. Według mnie był to na pewno ciekawy eksperyment jeśli chodzi o brzmienie. Swego czasu dubstep był tak bardzo popularny i skomercjalizowany, że nie sposób było znaleźć utwory nie mające „cząstki” tego gatunku muzycznego w sobie. W końcu dochodzimy do The Paradigm Shift reklamowana jako wielki powrót KoRna i jako pierwsza płyta nagrana ponownie z gitarzystą Brianem „Headem” Welchem, który wrócił do zespołu po ośmiu latach. Przesłuchałem kilka razy i.. jak pisałem wcześniej – schemat się powielił – 2 czy 3 utwory do zapamiętania, reszta do zapomnienia. Na szczęście The Serenity of Suffering daje nadzieje, na to, że w końcu dostaliśmy album, który może na dłużej zagościć w naszych głośnikach/słuchawkach.

Album otwiera utwór Insane, który jest przez większość czasu poprawny zarówno pod względem muzycznym, wokalnym jak i lirycznym. Aż do momentu, gdy dostajemy próbkę możliwości wokalnym Jonathana, kiedy to śmieje się (tytułowym) szaleńczym śmiechem. To tak jakbyście sobie wyobrażali szyderczo śmiejącego się Jokera a w tle gra KoRn. Utwór poprawny, ale jak ten, który otwiera album, zabrakło jakiegoś mocniejszego uderzenia.

Rotting In Vain, czyli pierwszy singiel. Z jednej strony jest to bardzo radiowy utwór a z drugiej jest to typowo „kornowy” utwór. Są ostre gitary, jest bas (serio, uwierzcie mi, jest Fieldy), bębny dobrze współgrają ze sobą. Do tego wszystkiego dorzucimy głęboki i mroczny tekst oraz.. scat Jonathana. Typowy utwór o konstrukcji zwrotka-refren-zwrotka-refren-mostek-refren no ale ja to kupuje i to bardzo. Nawet mi nie przeszkadza ta krótka „elektro” wstawka, bo czuć prawdziwego kopa w tym utworze – jako pierwszy singiel – idealny utwór. Młodzież by nawet powiedziała, że to prawdziwa petarda.

Black Is The Soul w odróżnieniu do dwóch poprzednich utworów ma za to nieregularną budową – tym, razem chłopaki porzucają schemat „refren-zwrotka”. Z resztą nie będzie to pierwszy i jedyny raz, kiedy na tym albumie usłyszymy utwory i innej niż ta „standardowa” budowie. Gdybym miał w skrócie opisać brzmienie BITS to powiedziałbym, że to połączenie dwóch albumów: Issuses (wokal) i Untouchables (insturmentalnie).

Okładka płyty mówi nam, że będzie co najmniej dobrze!
Okładka płyty mówi nam, że będzie co najmniej dobrze!

The Hating to żywcem wyjęty z płyty Unto, choć niestety brzmi raczej jak odrzut podczas sesji nagraniowej do tamtego albumu. Na obecnym sprawdza się dobrze, choć mam jedno małe zastrzeżenie nie do samego brzmienia tego utworu a.. do jego umiejscowienia. O wiele większą siłę przebicia miałby, dla mnie, gdyby to był utwór zamykający album. No, cóż.

Dalej mamy A Diffrent World, które traci w odbiorze przez to, że jest to utwór z gościnnym udziałem Coreya Taylora (Slipknot, Stone Sour). Mamy poprawnie skonstruowany utwór, tekst o typowym dla KoRna ponurym zabarwieniu i Coreya, który wspiera Jonathana. Nie myślcie, że wokalista Slipknota przoduje w tym kawałku. On jest tutaj gościnnie, ale zaznacza swoją obecność wyraźnie, jednak nie wychodzi na pierwszy plan.

Take Me w chwili, gdy pisze ten tekst, jest drugim singlem, ale moim zdaniem strasznie bezbarwnym. O ile zwrotki są chwytliwe i przyjemnie bujają to refren już strasznie odstaje od reszty i po kilku odsłuchasz człowiek zapomina o tym utworze, a szkoda bo geneza tego utworu jest ciekawa.

Everything Falls Apart to mój absolutny faworyt, obrażę się jeśli ten utwór nie doczeka się teledysku. Moim zdaniem będzie to jeden z tych numerów pochodzących z najnowszej płyty, który śmiało będziemy mogli dopisać do klasyków KoRna. Mamy tutaj szybkie i agresywne riffy, typowy kornowy bas a przede wszystkim melodyjny śpiew Jonathana przeplatany z tym jego typowym głosem schizofrenika („There is nothing in my head..” przypomina mi bardzo fragment utworu Faget).

Mam pewien problem z utworami Die Yet Another Night, When You’re Not There oraz Next In Line bo to takie utworu, które czasami musisz wrzucić na album, aby go jakoś wypełnić. Żeby nie było wstydu i było te 10-12 utworów. Nie ma tu nic czego nie słyszelibyśmy już wcześniej: szybkie agresywne riffy, różne wokale (od zwariowanego po spokojny i melodyjny śpiew Jonathana), Fieldy i jego bas, perkusja, kilka elektronicznych smaczków. Ale i tak, przynajmniej mi, te utwory zlewają się w jeden ciąg i nie szczególnie pałam do nich miłością.

Please Come For Me to utwór, który zamyka (regularny) album. Tych utworów się nie ocenia ani nie próbuje opisać. Jednak tak napisałem wcześniej, nie obraziłbym się, gdyby na to miejsce wskoczył The Hating (po prostu według mnie pasuje bardziej w to miejsce zarówno klimatem jak i swoim brzmieniem).

BabyCalling Me Too Soon to utwory,które pojawiły się w wersji deluxeji. Pierwszy brzmi poprawnie, przypomina trochę momentami Everything I’ve Known. Za to drugi pomimo słabych zwrotek broni się wpadającym w ucho radiowym refrenem oraz ciekawymi gitarami. Szału nie ma, ale wstydu też nie.

Od czasów wydania Untouchables KoRn jechał ostro w dół. Zarówno jeśli chodzi o swoje brzmienie jak i życie osobiste każdego z członków zespołu. Z każdym kolejnym albumem było coraz gorzej – coraz mniej utworów zostawało w pamięci, coraz mniej chciało się ich słuchać. The Serenity Of Suffering jest idealnym przykładem na to, że powrót do korzeni wcale nie musi oznaczać grania tak jak na pierwszej czy drugiej płycie. Teksty na tym albumie są mocne i posępne, ale też można wyczytać między wersami o wiele więcej życiowego doświadczenia i agresji niż we wcześniejszej twórczości tej grupy.

Jeśli jesteś z tych osób, która zwątpiła w ten zespół to chyba nie ma innej możliwości jak sprawdzenie tego albumu. Bo jeśli nie wrócić do tego zespołu dzięki tej płycie to już nie wiem co może pomóc.

Na koniec próbka tego co możecie odkryć na nowo: