Szalony Max powrócił i to w doskonałej formie!

Szalony Max powrócił i to w doskonałej formie!

Będąc krótko po seansie trylogii o przygodach Szalonego Maxa udałem się na seans najnowszego filmu z serii. Mad Max: Na drodze gniewu to… kolejny film z serii, reboot serii, odświeżenie stylu filmowego znanego chociażby z Wojownika Szos. Gdybyśmy spotkali się na piwie to każdą z tych odpowiedzi uznałbym za satysfakcjonującą, ale ja to ja a specjaliści czy tam znawcy powiedzą swoje. Czym by był ten film jest to bez wątpienia jeden z lepszych tytułów, który ukazał się na ekranach naszych kin w tym roku. Sam byłem przekonany, ze po tym co pokazał Marvel w takich filmach jak Strażnicy Galaktyki czy Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz druga część przygód Avengers też będzie czymś co da potężnego kopa w dupę innym producentom podobnych tytułów, ale nie… nawet wywaliłem recenzję nowych Avengersów bo nie chciałem tytułować recenzji „Nowi Avengers są do dupy”, a powiem szczerze, że byłem bliski temu.

Jadę sobie, jadę.. jest fajnie
Jadę sobie, jadę.. jest fajnie

Nowy Mad Mad przywraca jednak wiarę w typowe kino rozrywkowe, mało tego, pozostawia człowieka z uczuciem niedosytu po seansie tak wielkim, że jeszcze jakiś czas po seansie człowiek krzyczy „jeszcze, jeszcze!

Najnowsza odsłona Mad Maxa przeszła daleką drogę od samego pomysłu aż do gotowego produktu jakim jest sam film. Reżyser chciał nawet zrobić animację, jednak całe szczęście doczekaliśmy się filmu aktorskiego. Jednak, choć oglądając zwiastuny od pierwszych sekund można wyczuć klimat klasycznych (i kultowych już) przygód Maxa Rockatansky’ego to jednak ten film to coś więcej niż kolejne odcinanie kuponów od znanej marki. Reżyser George Miller jako twórca całego uniwersum stworzył film, w którym tak nie uświadczymy za dużo naszego tytułowego bohatera, a główne role w całym spektaklu grają postacie pierwszo- czy nawet drugoplanowe, które o wiele bardziej zapadają w pamięć niż sam Max. Można? Można. Jednak taki zabieg to zazwyczaj chodzenie po cienkim lodzie i niekoniecznie zawsze musi się udać. Pomimo tego kolejna odsłona serii jest naprawdę bardzo dobrym filmem, to nie ustrzegła się kilku potknięć.

Księżniczka Furiosa
Księżniczka Furiosa

Cała nasza przygoda zaczyna się od małego wprowadzenia kim tak naprawdę jest nasz główny bohater. Kto zna poprzednie filmy potraktuje to jako taki mały smaczek czy też małe mrugnięcie do widzów. Osoby, które nie mają bladego pojęcia o serii dowiedzą się kilka rzeczy, zostaną wprowadzone w klimat i tyle. Ich wiedza raczej się nie powiększy a także nie powinni być zagubieni tym co oglądają na ekranie. Wiecie, ja byłem ten sprytny, który sobie przypomniał trylogię i wyłapałem co nieco, ale nawet gdybym tego nie zrobił to nie czułbym się widzem drugiej kategorii. George Miller miał fajny pomysł, szkoda tylko, że trwał on tak krótko. Czemu? Bo po spokojnym początku akcja tam pędzi na złamanie karku, że dopiero pod koniec filmu trochę zwalniają gdy człowiek bierze głęboki oddech, myśląc sobie, że ma chwile odpoczynku twórcy filmu postanawiają jeszcze bardziej przyśpieszyć. W skrócie to wszystko wygląda tak:

Ludzie żyją sobie na pustyni.
Panuje nad nimi facet zwany Wielkim Joe.
Nie mają wody do picia bo Wielki Joe uważa, że nie można się przyzwyczajać do wody.
Na pustyni.
Raz na jakiś czas Wielki Joe poleje coś swoim podwładnym.
Prawie wszyscy są grzeczni i potulni.
Prawie.
Gdy zaczyna brakować paliwa kobieta imieniem Furiosa jedzie aby zatankować.
„Przez przypadek” wzięła ze sobą ŻONY Wielkiego Joe.
Wielki Joe się wkurzył i postanowił zacząć ścigać Furiosę.
Tak się składa, że Max Rockatansky chcąc nie chcąc został wkręcony w całą aferę.

I mógłbym tutaj pisać dalej co się działo w tym filmie w równie ironiczny czy prosty sposób, ale nie to jest w tym wszystkim najważniejsze. O dziwo pomimo słabej i prostej fabuły film doskonale się broni jako opowieść sama w sobie dzięki postaciom, którym spotykamy podczas seansu.

Prawdziwy Wojownik Szos
Prawdziwy Wojownik Szos

W rolę Maxa wciela się Tom Hardy, który na nowo definiuje postać Szalonego. To ten sam Max, którego znamy w wykonaniu Mela Gibsona z jednym małym dodatkiem. Max Toma Hardy’ego ma coś co moim zdaniem brakuje swojemu poprzednikowi – charyzmę. Już patrząc na Toma możemy zauważyć, że grana przez niego postać wiele już przeszła i ostatnią rzeczą o jakiej marzy to mieszanie się w sprawy ludzi, którzy nic dla niego nie znaczą. Nie stara się być bohaterem na siłę, mało tego, zaryzykuje stwierdzenie, że nawet nie stara się być bohaterem. Dla mnie po tym filmie Tom Hardy może sobie dopisać kolejnego plusa – zagrać tak zmęczonego życiem człowieka, na którego i tak patrzysz z szacunkiem i przerażeniem.. ale również ze swego rodzaju współczuciem to sztuka.

Wszystkie kobiety Maxa... znaczy Wielkiego Joe
Wszystkie kobiety Maxa… znaczy Wielkiego Joe

Wiele się mówiło o tym filmie, że kobiety w tym filmie są pokazany w sposób nie godny płci pięknej, ale po seansie zapewniam każdego z Was, że w waszym rankingu o wiele wyżej będzie stała Furiosa niż Max. Charlize Theron w tej roli kradnie cały film. Nie dość, że sama w sobie jest piękną kobietą to jeszcze będąc w pewien sposób oszpeconym do tej roli (krótki włosy, no w sumie to prawie łysa jest), brak ręki oraz zaniedbana sylwetka nie ujmuje nic z jej urody (no może trochy, ale oczy wciąż ma hipnotyzujące). Niby mamy w tytule „Mad Max” i logicznym jest, że właśnie ten bohater będzie tym, który będzie pchał fabułę do przodu, ale o dziwo, osobą, która to robi nie jest Max a właśnie Furiosa. To ona ma cel aby uwolnić od Wielkiego Joe jego żony i pozwolić im żyć spokojnie w Oazie. To ona wszystko zaplanowała i to ona przez większość filmu jest na pierwszym planie. Dlatego śmiało zaryzykuje stwierdzenie, że ten film mógłby się nazywać „Furiosa” a i tak nic by nie stracił, choć nie chce mimo wszystko ujmować znaczenia samego Maxa dla historii przedstawionej w tym filmie. Ktoś kto narzeka na brak kobiecych postaci we współczesnych blockbusterach nie powinien narzekać na postać graną przez Charlize Theron. I od razu uprzedzę wasze pytania czy tam pretensje – nie, Furiosa to nie babochłop, są momenty w tym filmie, w którym pokazuje swoją słabszą typowo KOBIECĄ stronę. Szkoda tylko, że Hollywood swego czasu zaczął kręcił jakąś spirale nienawiści wobec tego jak George Miller przedstawił kobiety w tym filmie. Wg mnie to właśnie kobiety są tu pokazane lepiej niż postacie męskie, ale hollywoodzcy znawcy zawsze wyprzedzają naszą epokę o lata świetlne.

Wielki Joe i ekipa na dzielnicy
Wielki Joe i ekipa na dzielnicy

Co z reszta bohaterów? Ano są i mają się bardzo dobrze, jednak momentami trochę się gubią przy blasku Furiosy, choć warto o nich wspomnieć choć trochę. Na pierwszy ogień oczywiście Wielki Joe (aktor, który go gra ucieszy fanów serii), którego już sam wygląd może jednych przerazić a drugich.. obrzydzić. To taki typowy tyran, który za wszelką cenę dąży do osiągnięcia swojego celu, nawet jeśli po trupach. Nawet jeśli ma poświęcić kogoś ze swojej rodziny – facet ma cel i musi go zrealizować, a że zabije po drodze (czy tam przejedzie) sto, dwieście czy miliard osób – who cares? Kolejną postacią, o której wspomnę to Nux grany przez Nicholasa Houlta, którego możecie kojarzyć z serialu „Skins” czy z postaci Bestii z najnowszych odsłon filmów o przygodach X-Menów. Szczerze to powiem, że to postać to typowy psychopata, który zaślepiony uwielbieniem dla swojego Pana zrobi wszystko. Jak na początku seansu znienawidzicie tego gościa to spoko, im dalej tym zaczniecie go lubić, może nie pokochacie go olbrzymią miłością, ale jakąś sympatią na koniec do niego zapałacie. No, ale co tu dużo mówić o bohaterach tego filmu skoro FACET Z GITARĄ RZĄDZI.

O muzykę mnie nie pytajcie do mało co pamiętam, ale za to jeśli chodzi o efekty specjalne to ten film to arcydzieło. Uwielbiałem wygląd pojazdów z klasycznych filmów o przygodach Maxa, ale to co zobaczyłem w tym przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Każdy pojazd jest zarówno piękny, że można na niego poatrzyć godzinami a zarazem tak absurdalny, że idealnie wpisuje się w stylistykę całego uniwersum. Dodam jeszcze, że około 20% wszystkich scen zostało wygenerowane komputerowo. Da się? Najwidoczniej da się i to jak!

Jadą, jadą konie mechaniczne
Jadą, jadą konie mechaniczne

Mad Max: Na drodze gniewu to film, który w bardzo dobry sposób odświeżył znaną, lubianą, ale trochę też zakurzoną markę w sposób, który nie tylko sprawił, że przybyło wielu nowych fanów, ale także miłośnicy klasycznych przygód Szalonego Maxa mogą po seansie poczuć się zadowoleni. Największym minusem filmu jest jego szalone (heh) tempo, które czasami po prostu przeszkadza, ale co kto lubi. Broń Boże, nie mówię, że to źle, ale momentami George Miller mógłby trochę zwolnić. Jednak jeśli lubicie poprzednie filmy z Melem Gibsonem i czujecie doskonale ten świat to najnowsza odsłona serii powinna się Wam spodobać. Jeśli zaś nie znacie jej, to nic nie szkodzi aby obejrzeć ten film bo to po prostu kawał dobrej rozrywki.

W ogóle jeśli nie znasz trylogii o przygodach Szalonego Maxa.. to czemu jeszcze nie zacząłeś jej oglądać?