Pamiętam dzień, w którym jako dziewięcioletni chłopak poszedłem z moim tatą na seans TPM do nieistniejącego już dzisiaj kina „Rialto”. Skrzypiące fotele, film puszczany z taśmy i ten charakterystyczny zapach, coś o czym dzisiejsze pokolenie może tylko pomarzyć. Potem przyszły kolejne premiery z tym, że to już była nowa era cyfrowych projekcji.

Przyznam się bez bicia, że od dawna nie oglądałem żadnego epizodu, omijałem nawet projekcje w telewizji, gdy cała rodzina zbierała się i oglądała wspólnie. Myślałem, że premiera całej sagi w wysokiej jakości zmieni ten stan i z chęcią rzucę się na nowo na Gwiezdne Wojny, ale niestety tak się nie stało. Jednak im bliżej premiery „Mrocznego widma” w trzecim wymiarze tym coraz bardziej chciało mi się obejrzeć film, poczułem swego rodzaju „głód” na starwarsy.

Na sam seans udałem się w dniu premiery, czyli 10. lutego, a bilet zarezerwowałem sobie już kilka dni wcześniej na godzinę 21:30. Po odebraniu swojej rezerwacji, wraz ze swoim biletem w ręku, zacząłem przechadzać się po kinie. Mam ten plus, że pracuje w kinie i znam to środowisko praktycznie od środka, więc wiem jak ono funkcjonuje, szczególnie w weekend, kiedy ludzie najczęściej chodzą na filmy. A muszę przyznać, że ludzi było dużo. Chodząc tak po lobby kina można było śmiało wyłapać kilka rozmów o Gwiezdnych Wojnach, a to ktoś mówił o księżniczce Leii, to ktoś próbował analizować klatka po klatce scenę pojedynku Qui-Gona i Dartha Maula na Tatooine. Nie zabrakło także gwiezdnowojennych koszulek wśród ludzi oczekujących na seans, jednak na mnie największe wrażenie zrobiła kilkunastoletnia dziewczynka ubrana w dżinsową kamizelkę z motywem starwarowym na plecach. Naprawdę fajne uczucie widząc ludzi w różnych wieku, którzy przyszli oglądać Gwiezdne Wojny na srebrnym ekranie.

Gdy już wszedłem na salę i zająłem swoje miejsce (sala 5, rząd 13, miejsce 14) zacząłem powoli odliczać minuty do początku seansu. Jeszcze przed filmem przywitał nas filmik zachęcający nas do założenia okularów 3D, z tym, że prezentowany w nim okulary były stylizowane na gogle Anakina, które nosił podczas wyścigu. Naprawdę fajna rzecz. Po kilku(nastu) minutach reklam i zwiastunów w końcu wszystkich obecnych na sali kinowej przywitało charakterystyczne zielone logo LucasFilm, które wysuwało się trochę w stronę widowni, chyba twórcy od samego początku chcieli zaakcentować wszechobecny trójwymiar. Ale nie skupiajmy się na mało istotnych szczegółach a przejdźmy do samego filmu i do najważniejszego faktu, czyli jak sobie poradzono z przeniesieniem Epizodu I w trzeci wymiar. Dzięki mojej pracy mogę być na bieżąco z filmami, które wyświetlane są w kinach, dzięki czemu mogę patrzeć inaczej na filmy 3D niż typowy widz, odwiedzający multipleks raz na jakiś czas. A, że film widziałem już mnóstwo razy postanowiłem skupić się przede wszystkim na odbiorze całej tej „głębi”…

Muszę przyznać, że konwersja do trójwymiaru stoi na dobrym poziomie, jednak chyba po takim filmie, którego konwersja trwała rok czasu i był zapowiadany jako film, który udowodni, że możliwa jest dobra konwersja do 3D, oczekuję się co najmniej bardzo dobrego efektu. Nie mogę powiedzieć, że efekt „trzyde” jest mało widoczny bo tak nie jest, jednak czegoś moim zdaniem brakuje. Każde ujęcie w filmie widać, że było przemyślane, bardzo łatwo jest na pierwszy rzut oka rozróżnić bliższy i dalszy plan, widać tą głębię, którą widzimy patrząc na otaczający nas świat na co dzień, a nie to co widzimy patrząc chociażby na zwykłe, płaskie zdjęcie. Tutaj wielki plus dla twórców dla scen, w których widzimy rozmawiające osoby. Idąc dalej kolejny plus można przyznać za sceny wyścigów Boonta na Tatooine. Oglądając te sceny czułem się jakby za chwilę, któryś ze ścigaczy miałby wylecieć z ekranu wprost w moją stronę. Bardzo podobał mi się efekt, gdy widzieliśmy trasę wyścigu oczami młodego Skywalkera, aż od razu chciałem chwycić w swoje ręce stery ścigacza i ruszyć samemu do przodu. Jednak chyba wisienką na torcie jest końcówka filmu. Od bitwy na powierzchni Naboo, poprzez pojedynek na miecze świetlne a na bitwie kosmicznej kończąc. Z tych trzech sekwencji składających się na ostatni akt „Mrocznego widma” moim faworytem jeśli chodzi o wersję trójwymiarową jest pojedynek Obi-Wana i Qui-Gona z Maulem. Te wszystkie akrobacje, skoki i same klingi świetlnych mieczy, które wychodziły praktycznie wprost na publiczność – cud, miód i orzeszki! Jednak nie jest tak, że wszystko w Epizodzie I było piękne. Największym rozczarowaniem w tej wersji TPM są chyba sceny w podwodnym mieście Gungan oraz całe Coruscant, które moim zdaniem było najbardziej „płaskim” fragmentem w całym filmie. Coś tam dało się wyłapać w trójwymiarze, ale mimo wszystko człowiek miał wrażenie, że tą część filmu potraktowana jakoś po macoszemu, ale mimo wszystko nie można powiedzieć, że zarówno Otoh Gunga czy Coruscant nie zawiera w sobie choć grama 3D, z tym, że jest go po prostu za mało. To jest chyba największy minus całego filmu, czyli nierównomierne rozłożenie stereometrii w całym filmie. Zdarzają się sceny, w które można się w całości zanurzyć w ich głębi a są tez takie, które grozi kalectwem, jeśli chcielibyśmy w nie „wskoczyć”. Dobrze wiem, że TPM nie było kręcone pod z myślą o tej technologii, dlatego mogą się zdarzać momenty bardziej lub mniej płaskie. Również samo tło czasami bywa rozmyte w niekmtórych momentach, choć podobno to miało być celowe działanie twórców. Od siebie dodam także, że przed seansem nie widziałem wersji Blu-ray, więc mając w pamięci wersje chociażby z kasety VHS czy DVD byłem pod ogromnym wrażeniem jakości obrazu i dźwięki, a komputerowy Yoda kupił mnie od pierwszej sceny, w której się pojawił. Według mnie jest to najlepsza zmiana, którą wprowadzona do „Mrocznego widma” w wersji w wysokiej rozdzielczości.

Jako pracownik jednego z kin mam styczność z filmami 3D praktycznie non stop, dzięki czemu mogłem spojrzeć na TPM inaczej niż zwykły człowiek. Po samym seansie jestem trochę rozdarty, z jednej strony to powrót Gwiezdnych wojen do kin i to od razu wysokiej jakości dźwięku i obrazu, dodatkowo okraszony efektem trójwymiarowości, ale z drugiej miała to być przełomowa konwersja, która miała udowodnić, że jest możliwa udana próba konwersji starszych filmów do wersji w 3D. Patrząc na inne filmy tego typu Epizod I można ustawić wśród dobrych tytułów, w których efekt „głębi” jest przyjemny i nie męczy oka, jednak pozostawia pewien niedosyt do seansie. Mimo wszystko jestem dobrej myśli jeśli chodzi o przerabianie kolejnych części sagi do tej technologii. Mam nadzieję, że „Mroczne widmo” było głównie próbą przetarcia szlaku dla twórców, jeśli chodzi o trzeci wymiar rozrywki. Nie jest źle, ale nie jest też genialnie. Jest dobrze i miejmy nadzieję, że wraz z premierami kolejnych części będzie coraz lepiej, bo przecież będą kolejne epizody w 3D, prawda?

***

Tutaj takie małe podziękowania dla Dawida i chłopaków, którzy byli ze mną w piątek w kinie ;) No i byłem też drugi raz.. na dubbingu. Z Kubą, czwarta klasa podstawówki. Podobało mu się ;)

Marcin Góra

View all posts