Muzyczne podsumowanie roku 2011

5
297

Dobra, pora na jakieś podsumowanie minionego roku. Sam rok 2011 muzycznie wypada blado, choć można go nazwać rokiem „wielkich” powrotów. Przede wszystkim to powrót Limp Bizkit z Wesem Borlandem na wiośle! Oryginalny skład, niby jakiś tam powrót do korzeni, ale to ciągłe przekładanie premiery sprawiło, że mimo wszystko, choć płyta jest dobra to złota kobra nie kąsa jakoś strasznie, ale jest zjadliwa, nawet przyjemna. Kolejny powrót to Guano Apes, czyli kocham Cię Sandro, kocham, ale czemu nagrywasz kolejny solowy album pod szyldem GA? Tak naprawdę to nie chce mi się jakoś rozpisywać, ale kilka słów o płytach, które przesłuchałem mogę napisać. Na pierwszy ogień idą soundtracki:

The Chemical Brothers – Hanna OST
Taka praca, że w ucho wpada dużo „filmowych” nut, a potem człowiek nakręca się na sountracki. Pierwszy z nich to naprawdę dobra porcja elektroniki, ale czego by się można spodziewać do The Chemical Brothers? Klasa sama w sobie, szczególnie motyw przewodni wpada w ucho.


Sala samobójców OST
Drugi to raczej taki typowy zlepek piosenek, które gdzieś tam pojawiają się w filmie z klubowym hitem Wet Fingers „Turn Me On” (och, jak ja gardziłem tą piosenką przez pewien czas..) oraz najlepszy wg mnie utwór, czyli Billy Talent i ich „Nothing To Lose”.


Rango OST
Hans Zimmer + dziki zachód = to jeszcze was nie przekonało?!
Miły, przyjemny OST, taki do posłuchania od czasu do czasu, naprawdę polecam.


Afromental – The B.O.M.B.
Afromental to taki zespół, który nagrał pierwszą płytę bo ktoś tam miał wejścia, znajomości i takie tam komercyjne historyjki. Oglądałem wywiad z nimi, w którym powiedzieli, że pierwsza ich płyta była nagrana na szybko bo sami jeszcze nie mieli (!) swojego stylu. Jak widać promocja zdziałała swoje i jakoś się tam utrzymali. Płytę „The B.O.M.B.” ściągnąłem tylko dlatego, że spodobał mi się kawałek tytułowy, który zagrali podczas finału X-Factor czy tam Must Be The Music i wyszło im.. genialnie. Pomyślałem sobie, że zaryzykuje i ściągnąłem całą płytkę i muszę przyznać, że to bardzo przyjemna porcja muzyki. Nie napalać się, nie hejtować, przesłuchać można. Szczególnie w ucho wpadły mi takie kawałki jak „The Bomb”, „We Are The Lumberjaxxx/We Love You Lumberjaxxx Skit” oraz:

Coma – Czerwony Album
Coma to taka moja miłość z gimnazjum. Wtedy to się fajnie słuchało Roguckiego i reszty. Potem przyszła „Hipertrofia”, czyli jeden z moich ulubionych albumów, ale tak do przesłuchania raz na bardzo długi czas bo dłuższe słuchanie trochę męczy. No i w 2011 doczekaliśmy się nowej płyty. Czerwonej jakby tego było mało. „Czerwony Album” to taka zlepka stylów muzycznych, które Coma prezentowała swoim fanom od „Pierwszego wyjścia z mroku” aż do chwili obecnej. Przesłuchałem raz, dwa.. i stwierdziłem, że ten album musi swoje odczekać, żebym mógł po niego sięgnąć z przekonaniem, że to coś dobrego. Nie przekonał mnie, ale „Na pół” (choć to pseudosingiel) oraz „0 RH+” (porcja klasycznej Comy, z tym, że bardziej jakby „dojrzalszej”) zaliczam na plus.

Red Hot Chilli Peppers – I’m With You
Dobra, pomińmy fakt, że nie ma Johna Frusciante, ale już singiel mnie odstraszył, że Red Hoci zaczęli grać jakieś popowe piosenki. Przesłuchałem kilka razy, ale nic oprócz „Monarchy of Roses”, ”Factory of Faith” oraz ”Brendan’s Death Song” nie przykuło mojej uwagi. Z drugiej strony nie jestem jakimś wielkim fanem RHCP abym mógł tą płytę ocenić jakoś bardziej dogłębniej.. Mimo wszystko ta piosenka moim zdaniem stanie się takim papryczkowym klasykiem (no, napewno teledsyk pierwsza klasa!):



Nero – Welcome Reality
Dubstep tu, dubstep tam, rzygam dubstepem jak tenczom” (pisownia specjalna). Dobra, może nie mam takiego stosunku do tego rodzaju muzyki, ale no cóż.. KoRn się zabrał za to, za chwile inni artyści się za to wezmą, cóż jakoś trzeba się rozwijać, a że to jest na topie.. Z Nero miałem kontakt przy remiksie Skrillexa utworu „Promises” i mi się spodobał. Po długim czasie, gdzieś na jakieś tam w jakimś klubie, usłyszałem inny ich utwór „Crush On You”. Śpiewają jakieś laski głosikiem piskliwym, fajny podkład, zwolnienie i wubwubwub. Ale mi się nawet spodobało bo w dalszej części utworu było fajne przejście. Ściągnąłem płytę i muszę przyznać, że to nawet kawał dobrej muzyki jest! To nie jest też „czysty” dubstep a raczej taka hybryda z d&b i elektroniką. A i zobaczcie teledysk do utworu „Promises”, który gdyby usunąc te zbędne basy i zwolnienia byłby nawet hitem w klubach. Wam też trochę zalatuje klimatem nowego TRONa i tą akcją gdy szukają Castora?

My Riot – sweet_noise
Glaca ze Sweet Noise i jego solowy projekt, czyli lepiej, bardziej dojrzalej.. ale brzmi to jak Sweet Noise wrzucone do garnka z elektronicznymi samplami. Fajnie, warto posłuchać a brzmienie tej płyty jest po prostu mistrzowskie. Zadaje sobie pytanie dlaczego tak nie brzmią pozostałe polskie albumy? Poziom światowy.

Limp Bizkit – Gold Cobra
WES BORLAND! Limp Bizkit i ich złota kobra. Album, którym chłopaki mieli powrócić do korzeni. Może to nie jest album, który może stanąć w szranki z „Chocolate Starfish..”, ale ma coś w sobie. Utwory takie jak tytułowa złota kobra, „Shotgun”, „Douchebag” czy „Walking Away” można już śmiało wpisać na playliste LB. Limp Bizkit wrócił ze „złotą kobrą”, ale czuję, że ich czas przeminął. Słuchać ich będą słuchać, ale moim zdaniem spóźnili się trochę z tym powrotem.

KoRn – The Path Of Totality
O tym albumie co napisać miałem już napisałem w tym miejscu ;)


Skrillex – Bangarang [EP]
EPka jednego z najbardziej popularnych obecnie producentów dubstepu (przynajmniej on twierdzi, że tworzy dubstep). Znośna, ale nudzi się szybko.

Guano Apes – Bel Air
Sandro, moja droga.. Dlaczego?! Dlaczego nagrywasz kolejny album solowy pod szyldem swojej macierzystej kapeli.. Wystarczyło nagrać te piosenki i podpisać się własnym imieniem i nazwiskiem a nie rujnować legendę Guano Apes.. Dobra, przesadziłem, ale musze przyznać, że na tą płytę czekałem chyba najbardziej, nawet bardziej niż na nowego KoRna czy na Limp Bizkit. Album zamiast typowego brzmienia dla GA jest tylko jakimś zlepkiem utworów pop-rockowych.. Jednak skłamałbym, gdybym napisał, że mi się ten album nie podoba. Wręcz przeciwnie bardzo go lubię, tylko.. zawsze mi będzie czegoś w nim brakować. Lubię utwory „Fanman”, „All I Wanna Do”, „Fire” czy „Carol And Shine” i zagoszczą na mojej playliście na długo. Bel Air to nie jest zły album, tylko to nie jest też taki album jakiego oczekiwałem, jednak… Sandra Nasic chyba mi rekompensuje wszystko. Zobaczcie (posłuchajcie) „This Time”, zwróćcie szczególną uwagę na scenki z ludźmi i podpisy, dla mnie najlepszy teledysk do utworów z ich nowej płyty a i sama piosenka piękna (Sandra też jakby wyładniała):

Fear and the Nervous System – Fear and the Nervous System
Największe zaskoczenie roku! Gitarzysta KoRna James „Munky” Shaffer postanowił nagrać solowy album… w którym zagra na gitarze. Dodatkowo wyda go pod szyldem swojej wytwórni, czyli „Emotional Syphon Recordings”. Do współpracy zaprosił m.in. Steve’a Krolikowskiego, Zaca Birda oraz Bruce’a Wackermana. Sięgając po ten album spodziewałem się typowego mocnego „pierdolnięcia” a dostałem.. porcję genialnej muzyki. Tak niezwykle klimatycznej i pełnej energii, że aż się powoli zastanawiam, czy wolę aby Munky tworzył z KoRnem czy aby dalej nagrywał płyty jako FATNS. Dla mnie płyta roku spośród tych, które przesłuchałem. Polecam i na koniec moich nudnych wywodów dorzucam utwór:


A czy na coś czekam w 2012 roku? Czekam na nową płytę P.O.D., Papa Roach też coś tam wyda co ma być bardzo eklektyczne, Linkin Park może (pisze może bo oni zawsze już kończą, już wydają.. a potem mija rok, dwa), Muse (?).. i może coś tam System Of A Down nagra skoro koncertowali ze sobą.. choć to marzenie ściętej głowy. Miejmy nadzieję, że to będzie dobry rok pod względem muzyki.