sherlock

Sherlock i upiorna panna młoda

Długo trzeba było czekać na kolejny odcinek z przygodami najsłynniejszego detektywa na świecie. Duży w tym udział miał fakt, że odtwórcy głównych ról, czyli Benedict Cumberbatch oraz Martin Freeman, zaczęli być częściej rozchwytywani w Hollywood. Sympatyków tej dwójki zapewne ucieszy ten fakt, jednak fani serialu zapewne niejeden raz przeklinali los

tpm

Nostalgiczny maraton Star Wars – Mroczne widmo

Jest po godzinie 22, podchodzę do półki, z której ściągam Mroczne widmo na DVD. Włączam telewizor, wkładam płytę do odtwarzacza i rozkładając się na sofie włączam film. Jest 25. czerwca i ja po raz kolejny słyszę charakterystyczne fanfary 20th Century Fox i widzę wielki napis Star Wars, który powoli oddala się w tle. Trudno mi jest zliczyć ile razy widziałem i słyszałem te motywy, nawet gdybym chciał spróbować to nie potrafię. Szczególnie tego dnia, gdy rozpoczynam swój sześciomiesięczny nostalgiczny maraton Gwiezdnych Wojen. Sześć miesięcy to bardzo dużo czasu, szczególnie jeśli czeka się na film, o którym można przeczytać praktycznie wszędzie. Ale rozpoczynam maraton, oglądam chronologicznie, dlatego zaczynam od Mrocznego widma.

Oglądam z napisami BO MOGĘ

Oglądam z napisami BO MOGĘ

Wielu z was zapewne powie, że mogłem sobie śmiało odpuścić oglądanie Nowej Trylogii i zacząć za kilka miesięcy od oglądania jedynej słusznej trylogii Gwiezdnych Wojen. Mogłem, ale wolę obejrzeć wszystkie sześć filmów. A dlaczego? Bo tak. Bo mogę. Bo chcę. Z resztą skoro założyłem sobie, że będzie to nostalgiczny maraton to Mroczne widmo musiało obowiązkowo znaleźć się w moim odtwarzaczu. Powód jest proty – to pierwszy film z Sagi, który obejrzałem w kinie. Do dziś nie wiem, czemu nie obejrzałem Oryginalnej Trylogii, gdy ta w wersji specjalnej leciała w 1997 roku w kinach. Jedynym wytłumaczeniem jest chyba to, że tak po prostu miało być. Dzięki temu obejrzałem tamte filmy na kasetach wideo wypożyczonych z miejskiej wypożyczalni w swoich pierwotnych i niezmienionych wersjach. Z upływem czasu, chyba coraz mniej żałuje tego, że nie zobaczyłem tych filmów w kinie a właśnie na kasetach VHS – czy ktoś z was jeszcze je pamięta, albo magnetowidy, w których co jakiś czas trzeba było czyścić i nastawiać głowicę aby dobrze odtwarzały kasety. Same VHSy z Oryginalną Trylogią były tak zniszczone, że nawet regulacja głowicy nie pomogła mi w uzyskaniu idealnej ostrości obrazu. A dzisiaj co? Cyfrowe wersje filmów można kupić albo po prostu ściągnąć z Internetu. Kasety VHS to było coś, kto ich nie zna, ten naprawdę dużo stracił swoim życiu. Ale wróćmy do Epizodu I..

Moje kasety VHS i DVD

Moje kasety VHS i DVD

Do Mrocznego widma mam chyba największy sentyment ze wszystkich filmów z Nowej Trylogii. Pierwsze to fakt, że oglądałem ten film w kinie, które nie miało nic wspólnego ze współczesnymi multipleksami. To było kino, w którym słyszałeś jak pracuje projektor, widziałeś na ekranie zniszczenia na taśmie filmowej, siedziało się w niewygodnym, starym i poniszczonym fotelu a przede wszystkim czuć było ten klimat. Klimat starego kina, które niestety gdzieś uleciało wraz z erą nowych kompleksów kinowych. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubię współczesne kina i cieszę się, że mogę obejrzeć film w najlepszej możliwej jakości cyfrowo i z dobrym dźwiękiem, siedząc przy tym w wygodnym fotelu, ale stare kina to coś.. Coś co zostawia w człowieku niesamowite wspomnienia a patrząc na to przez pryzmat czasu, człowiek docenia też to, że niejednokrotnie męczył się w tych twardych fotelach. To tak jak z wcześniej wspomnianymi kasetami VHS – kto nigdy nie miał z nimi do czynienia ten nie doceni tego teraz.

Z okazji premiery filmu w sklepach pojawiły się książki..

Z okazji premiery filmu w sklepach pojawiły się książki..

Ale pomimo charakterystycznego zapachu, niewygodnego fotela czy kiepskiej jakości taśmy z filmem seans Mrocznego widma był magiczny. Po pierwsze był to pierwszy film z serii, który zobaczyłem na wielkim ekranie, po drugie tak naprawdę nie widziałem czego się spodziewać po tym filmie. Może i sobie kupiłem jakiś numer czasopisma FILM i poczytałem co nieco o postaciach, ale umiejscowienie akcji ponad 30 lat przed Nową nadzieją sprawiło, że choć to były Gwiezdne Wojny zostałem oczarowany tym światem na nowo odkrywając go na nowo. Szczerze to mało pamiętam z tamtego dnia w kinie, byłem, obejrzałem film, ale do czasu premiery Epizodu I na kasecie wideo trudno mi było pozbierać myśli a co dopiero narzekać na infantylność tego filmu czy na samego Jar-Jara. Z resztą nie narzekam na to także i dzisiaj, traktując Nową jak i Starą Trylogię jako dwa odrębne dzieła, które razem tworzą jedną wielką Sagę Gwiezdnych Wojen. Z resztą Mroczne widmo idealnie sprawdza się jako film, który miał przyciągnąć nowych fanów a szczególnie młodszą widownię, która poszła do kin ze swoimi rodzicami wychowanymi na starszych częściach. I nawet zakup kasety VHS z tym filmem w wersji z dubbingiem nie zmienił mojego zdania na temat tego filmu. Z resztą po dziś dzień nie irytuje mnie Jar-Jar albo głupota robotów bojowych. Mało tego patrząc przez pryzmat czasu to chyba ta część z tych „nowych” jest chyba najlepszą.

Tak, dobrze przeczytaliście. Zapytacie dlaczego? Odpowiedź jest prosta.

Bo na tym filmie się głównie wychowałem. Mam dwie wersje tej części na VHSie, ale chyba ta z dubbingiem jest bardziej zniszczona. W sumie to nie ma się czego dziwić skoro wersję z napisami dokupiłem tylko aby była w kolekcji, nawet nie wiem czy działa, ale to swoją drogą. Oglądając Epizod I wkraczałem do świata, z którego byłem brutalnie wyciągany wraz z końcówką filmu, podczas których brzmią fanfary. I choć może to głupio zabrzmi, oglądając ostatnio tą część jako początek mojego maratonu chciałem się poczuć jak ten mały chłopiec, który zauroczony wyszedł z kina a kilka miesięcy później męczył kasetę z filmem w swoim magnetowidzie. Nie chciałem się przejmować Jar-Jarem czy innymi głupotami – chciałem się po prostu dobrze bawić.

..oraz komiksy, w tym adaptacja filmu

..oraz komiksy, w tym adaptacja filmu

Jak małe dziecko

I udało mi się to, o dziwo, udało mi się. Czym jest dla mnie z perspektywy czasu Mroczne widmo? To opowieść o spełnianiu marzeń głównie za pomocą własnej ciężkiej pracy. Taki właśnie jest Anakin Skywalker, mały chłopiec z pustynnej planety Tatooine. Dzięki swojej ciężkiej pracy i wierze we własne siły wygrał zawody Boonta a później został uczniem Obi-Wana. I ja będąc mniej więcej w wieku Anakina utożsamiałem się z nim. Chciałem tak jak on wygrywać w wyścigach, zostać Jedi. Chciałem być jak on, nawet pomimo tego, że wiedziałem, że później stanie się tym czym stał się pod koniec trzeciej części – bardziej maszyną niż człowiekiem. Ale pomimo tej wiedzy, jako młodemu chłopcu nie przeszkadzało mi to. Do tego bitwy statków kosmicznych, widowiskowe pojedynki na miecze świetlne, mnogość ras i kultur w galaktyce – to wszystko sprawiało, że oglądałem ten film na jednym oddechu.

Zaraz zacznie się wyścig!

Zaraz zacznie się wyścig!

I przyznam się bez bicia, przez lata zapomniałem o tym filmie. Pewnie dlatego, że dorosłem i mały Anakin nie przemawiał już tak do mnie jak jeszcze te 10 czy 15 lat temu. I dopiero ostatnio stwierdziłem, że nie ważne co inni by mówili o tym filmie – to wciąż genialna przygoda! Nie czułem się tak nawet podczas seansu Mrocznego widma w trójwymiarze. Jasne podobało mi się, ale dopiero tego 25. czerwca znów poczułem się jak mały chłopiec. Może to udzielił mi się nastrój w oczekiwaniu do premiery, a może to właśnie nowy film sprawia, że budzą się we mnie wspomnienia? Nie wiem, pewnie nie chce nawet wiedzieć. Ja oglądając po raz kolejny Mroczne widmo bawiłem się świetnie. Można narzekać, na to, że za dużo efektów specjalnych i innych wodotrysków a za mało samych Gwiezdnych Wojen, ale czy to źle, że ja bawiłem się wyśmienicie kibicując małemu Skywalkerowi podczas wyścigu Boonta czy bałem się, gdy po raz pierwszy na ekranie pojawił się Darth Maul?

Boję się tego diabła po dziś dzień..

Boję się tego diabła po dziś dzień..

Przez te ponad dwie godziny bawiłem się świetnie. Dobrze jest wiedzieć, że ten film wciąż potrafi mnie zaskoczyć a i dobrze też wiedzieć, że jakieś tam dziecko wciąż we mnie siedzi i potrafi wyjść właśnie podczas takiego seansu. Wspomnienia wróciły.
Jestem na dobrej drodze a rozpoczęcie maratonu uznaje za udane.

A Wy co sądzicie o Mrocznym widmie zyskał w waszych oczach czy stracił w perspektywie lat?

madmaxstary

Mad Max – oryginalna trylogia z Melem Gibsonem

Ostatnimi czasy na ekranach naszych kin pojawił się Mad Max: Na drodze gniewu, który zachęcił mnie aby odświeżyć sobie filmową trylogię o przygodach Szalonego Maxa. Choć słowo „odświeżyć” wydaje mi się trochę mało adekwatne do sytuacji. Przede wszystkim w tym miejscu muszę się przyznać, że nigdy do tych filmów nie pałałem wielką miłością. Z ręką na sercu powiem, iż po prostu mało mnie one obchodziły. Będąc małym człowiekiem czasem trafiłem na nie w telewizji przełączając kanały oglądając kilka, kilkanaście minut danego filmu, ale z olbrzymim ziewnięciem przełączałem później na kolejny kanał.

Lata mijały i jak sięgam pamięcią trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy aby kiedykolwiek obejrzałem cały film z serii. Owszem kojarzę postać Maxa, kojarzę postapokaliptyczny świat, w którym rozgrywa się cała historia, kojarzę nawet utwór Tiny Turner z trzeciej części We Don’t Need Another Hero, ale żebym miał, w choć kilku zdaniach streścić fabułę każdej z trzech części choćby w dwóch czy trzech zdaniach – nie potrafię. No teraz już tak, ale jeszcze dwa, trzy tygodnie temu byłoby to dla mnie niemożliwe.

Jednak z wiekiem człowiek dorasta, zmieniają mu się poglądy, pojawiają się chęci aby sięgnąć po klasykę. Miałem tak już z wieloma filmami, które 10-15 lat temu mnie odrzuciły czy zanudziły lub po prostu o nich zapomniałem następnego dnia by po latach, po powtórnym obejrzeniu rozkochały mnie w sobie. I tak też było w przypadku trylogii Mad Max. I nie będę tutaj długo rozwodził się nad fabułami kolejnych odsłon serii, tylko krótko i zwięźle opiszę to jak ja postrzegam trylogię filmów o Wojowniku Szos z Melem Gibsonem w roli głównej.

Mad Max (1979)

Pierwsza część trylogii to historia o tym jak nasz tytułowy bohater Max Rockatansky staje się tytułowym „szaleńcem”. Cała akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie, gdzie Max jest policjantem. Warto dodać, że jest szalenie (heh) dobrym stróżem prawa, a po godzinach jest po prostu miłym i kochającym mężem. Niestety podczas jednej z akcji nasz protagonista doprowadza do śmierci jednego z członków bandy motocyklistów – Night Ridera. Szybko po tym incydencie w mieście pojawiają się jego kompani, którzy za wszelką cenę chcą się zemścić na Maksie i na jego najbliższych nie przebierając przy tym w metodach. Między naszym bohaterem a gangiem rozpoczyna się walka na śmierć i życie, z której tylko jedna strona może wyjść zwycięsko. Tym wygranym jest oczywiście Max. Jednak śmierć żony sprawia, że zwycięstwo wcale nie smakuje tak jak powinno, a wręcz przeciwnie wszystkie te wydarzenia odbijają olbrzymie piętno na naszym bohaterze. Tak właśnie rodzi się Wojownik Szos, Szalony Max.

Max Rockatansky w drodze do swojego szaleństwa

Max Rockatansky w drodze do swojego szaleństwa

Mad Max 2: Wojownik Szos (1981)

O ile pierwszą odsłonę cyklu można nazwać genezą naszego bohatera to druga część trylogii powinna być uznawana za tytuł, który ukierunkował wszystkie cechy i normy, dzięki którym powstał świat i uniwersum Mad Maxa kojarzone przez szeroką publikę. Fakt, w pierwszym filmie mamy informację, że historia dzieje się w niedalekiej przyszłości, jednak to właśnie dwójka ukierunkowuje serię na właściwe tory, które są znane i kojarzone po dziś dzień. A o czym jest Wojownik Szos?

Tak to ON - jedyny w swoim rodzaju Wojownik Szos

Tak to ON – jedyny w swoim rodzaju Wojownik Szos

Ziemia jest zniszczona w wyniku wojny nuklearnej. Ludzie gromadzą się w grupy mieszkając w ufortyfikowanych obozach, ponieważ wszędzie szaleją gangi. Wszystko do za sprawą benzyny, która w obecnych czasach jest na wagę złota i stała się towarem na tyle eksluzywnym i porządanym, że ludzie są w stanie za nią zabijać. Posiadanie drogocennego paliwa jest wręcz obsesją i potrzebą na tyle silną co posiadanie schronienia czy wody do picia na środku pustyni. Do jednej z takich osad przybywa nasz były policjant w swoim charakterystycznym wozie, w swojej „firmowej” kurtce i z wyrazem twarzy pozbawionym jakichkolwiek emocji. Będąc sam w potrzebie posiadania drogocennego paliwa postanawia pomóc mieszkańcom wioski w zdobyciu rafinerii.

Masz benzynę - masz władzę!

Masz benzynę – masz władzę!

Czym jest Wojownik Szos dla całej trylogii? To przede wszystkim punkt rozpoznawczy dla całej serii, film, który ukształtował cały świat Szalonego Maxa i wszystkie elementy, które kojarzą nam się z tymi filmami. A co konkretnie? Postapokaliptyczny krajobraz, w którym rozgrywa się akcja, charakterystyczny wygląd wszelkiej maści pojazdów, które wyglądają jak hybrydy wszystkiego tego co ludzie znaleźli na złomowiskach. To także obraz, który na nowo stworzył postać samego Maxa Rockatansky’ego, czerpiąc dużo z pierwszej części jednak rozwijając tą postać bardziej. No i przede wszystkim, jeśli o mnie chodzi to myśląc o trylogii o przygodach Wojownika Szos, wyobrażając sobie cały ten świat, krajobrazy, bohaterów i wszystko co tylko z serią związane przed oczami mam część drugą niż jedynkę.

Oto prawdziwy Mad Max, jest klimat!

Oto prawdziwy Mad Max, jest klimat!

Mad Max: Pod kopułą gromu (1985)

Trzeci film o przygodach bohatera granego przez Mela Gibsona podąża utartymi już wcześniej schematami przez co w moim odczuciu jest najsłabszym obrazem z całej trylogii. Właśnie ze względu na swego rodzaju odtwórczość Pod Kopułą Gromu jest po prostu filmem słabym. Mamy naszego bohatera, wędrującego przez zniszczone pustkowia, który kolejny raz trafia do miasta, w którym robi co ma zrobić i znów odjeżdża. Może jedyną oryginalną rzeczą w tej części w porównaniu z poprzednimi odsłonami serii jest fakt, że Max przedstawiony jest tutaj jako swego rodzaju Mesjasz, który w oczach spotkanych dzieci ma być tym, na którego tak długo czekali. Jednak z drugiej strony to wszystko sprawia, że w moim odczuciu film strasznie spuszcza z poważnego tonu znanego do tej pory na rzecz czegoś co można nawet podpiąć pod miano filmu… kampowego czy też familijnego. Owszem, także w tej odsłonie znajdziemy elementy dobrze nam znane i charakterystyczne dla tego świata, jednak wszystko to jest na zasadzie, że być w tym filmie musi bo to w końcu Mad Max a nie, że historia tego wymaga sama w sobie.

Ach, jacy oni szaleni!

Ach, jacy oni szaleni!

No ok, żeby nie było – wspomniany wcześniej utwór Tiny Turner We Don’t Need Another Hero jest jedną z tych dobrych rzeczy, dla których warto obejrzeć film. A dobra, żartuje, utwór ten leci chyba tylko na napisach końcowych, kogo ja oszukuje..

Mad Max III - idealny film na niedzielny rodzinny seans

Mad Max III – idealny film na niedzielny rodzinny seans

***

Trylogia Mad Max to idealny przykład trzech filmów, które pomimo tego, że są tak diametralnie różne od siebie potrafią stworzyć jedną spójną całość. Pomimo kilku zgrzytów, pomimo kilku dziwnych scen, nawet pomimo faktu, że trzecia część tak bardzo odstaje od dwóch wcześniejszych – pokochałem tę serię całym sercem. I bez bicia przyznaje się, że jeszcze kilka tygodni temu filmy o przygodach Szalonego Maxa były dla mnie tylko ciekawostką.

Teraz to filmy, które mi dostarczają dużo zabawy, nawet trójka.

No ok, kogo ja oszukuję z tą trójką cały czas?

Atlas

Atlas: Doppelganger

Literacki debiut Dominiki Słowik „Atlas: Doppelganger” to powieść, dzięki której przenosimy się na Śląsk, w czasy transformacji ustrojowej. Jest to debiut niezwykle ciekawy, choć nie pozbawiony wad.