Cyfrowa (r)ewolucja

Strasznie dziwnie się czuje pisząc ten tekst, gdyż mam świadomość, że jakiś czas temu napisałem słowa, które są zaprzeczeniem tego co tutaj napiszę. Chodzi o tekst o muzyce oraz kupowaniu płyt, które przekładałem nad kupno utworów czy całych albumów w wersji elektronicznej. No właśnie, przekładałem, czas przeszły, coś się zmieniło, tylko pytanie co, a może lepiej zapytać dlaczego?

Thor: Mroczny Świat

Thor: Mroczny Świat (polski plakat)Nie trzeba być wielkim geniuszem aby stwierdzić, że Avengers są przełomowi jeśli chodzi o filmy komiksowe. To film, który zebrał do kupy wszystkich (super)bohaterów, którzy pojawiali się wcześniej we własnych filmach tworząc jedną spójną historię, gdzie każdy z bohaterów ma swoje miejsce, swoją własną historię, swój własny charakter a przede wszystkim wszystko i wszyscy ze sobą idealnie współgrają tworząc jedną całość. Thor, Loki, Kapitan Ameryka, Hulk, Iron-Man, Black Widow, Hawkeye czy Nick Fury to postacie, które przewijały przez „swoje” filmy, jednak to dopiero w Avengers tak na prawdę wszyscy zostali postawieni w centrum wydarzeń. Może to się wydać trochę głupie patrzeć przez pryzmat takich filmów jak Thor, dwie części Iron-Manów czy Captain America: Pierwsze starcie (w ogóle, dlaczego nie przetłumaczyli całego tytułu?!), ale Avengers to film, który sprawił, że ludzie zaczęli masowo kochać superbohaterów i filmy o nich. To znaczy kochali zawsze, ale teraz tak jak bardziej, tak mi się wydaje. Ale wróćmy do Thora nowego teraz…

Akcja filmu Thor: Mroczny Świat rozgrywa się rok po wydarzeniach przedstawionych nam w Avengers. Bifrost jest odbudowany a Thor (Chris Hemsworth) lata po dziewięciu światach i naprawia to co Loki (Tom Hiddleston) „zepsuł”, który siedzi sobie grzecznie w lochach Asgardu. Z drugiej strony, tu na Ziemi, Jane Foster szuka jakiegokolwiek sposobu aby skontaktować się ze swoim ukochanym blondwłosym nordyckim Bogiem. Poszukiwania są o tyle pechowe dla Jane (w tej roli Natalie Portman), że trafia do innego świata i odnajduje pradawny, kosmiczny byt, który sprawi, że cała galaktyka stanie w obliczu zagrożenia ze strony Mrocznych Elfów, które przebudzą się po naprawdę bardzo długim śnie. Tutaj warto wrócić do samego początku filmu, gdzie widzimy walkę armii Asgardu pod dowództwem ojca Odyna Bora przeciwko zastępom elfickiej armii Malekitha (Christopher Eccleston, czyli 9. Doktor Who). Oczywiście dobro triumfuje nad złem, jednak jak to zwykle bywa w takich cudownych chwilach zwycięzcy nie widzą wszystkiego. Nie wiedząc czemu nie niszczą wcześniej wspomnianego kosmicznego bytu zwanego Eterem a garstka Mrocznych Elfów wraz z Malekithem po prostu znika zahibernowana w swoim statku, który chyba żywcem jest wzięty ze Star Treka (urządzenie maskujące niczym ze statków Klingonów czy jego wnętrze czy też wygląd samych Elfów przypomina mi trochę Borgów z Następnego Pokolenia). Znikają w oczekiwaniu aż Eter sam do nich powróci, czekają też na zjawisko zwane Koniungcją, kiedy to wszystkie światy ustawiają się w jednej linii i przenikają siebie. Trochę to zagmatwane, ale już sama pierwsza scena bitwy Asgard vs Dark Elves robi ogromne wrażenie a pod względem wizualnym przypomina trochę słynną sekwencje z pierwszej części trylogii Władcy Pierścieni.

Thor naprawia to co Loki nabroił

Thor naprawia to co Loki nabroił

Po takim początku myślałem, że będzie już tylko lepiej, mimo że czułem pewien niedosyt jeśli chodzi o historię samego konfliktu czy też genezę Malektitha, to później nie wiedząc czemu akcja zwolniła strasznie, i to bardzo. Rozumiem miłosne rozterki Jane Foster, rozumiem także to całe naprawianie szkód przez Thora w swoim świecie, ale dlaczego tak mało tego tytułowego mroku? Bo jeśli już nazywany film „Mroczny Świat” i dajemy taki epicki początek to czemu dalej idziemy już ze świecą oświetlającą nam drogę praktycznie aż do końca? Ja nie wiem, a chciałbym wiedzieć. Gdybym był złośliwy to napisałbym, że mrok jest, ale tylko dlatego, że te całe okulary 3D przyciemniały mi obraz, ale mimo wszystko Thor 2 jest lepszy od swojego poprzednika, w którym to najlepsze sceny całego filmu to te, które rozgrywają się w Asgardzie, bo gdy już przenosimy się na Ziemię to akcja umiera w tym samym momencie, no i niech mi ktoś powie co jest lepsze: jakiś tam Niszczyciel czy armia Mrocznych Elfów? Tak, Elfy to poprawna odpowiedź (to znaczy jest najbardziej punktowana, bo tak odpowiadali ankietowani).

Jednak może i trochę na wyrost wszędzie piszę o „armii elfów”, gdy tak naprawdę w filmie mamy ukazane, że tylko garstka przetrwała i uciekła zapadając w długi sen. I tutaj warto wspomnieć o jednym śmiesznym fakcie, bo jeśli kogoś śmieszyło obsadzenie w roli nordyckiego strażnika Bifrostu czarnoskórego Idrisa Elby to zastanawiam się jaka reakcja będzie, gdy na ekranie zobaczy czarnoskórego Mrocznego Elfa (w tej roli Adewale Akinnuoye-Agbaje), gdy pozostali są biali, a powiedziałbym nawet, że bielszy jest już tylko bielszy odcień bieli. Ale ja rozumiem, że to taka aluzja, że prezydentem Stanów jest obecnie czarnoskóry Barack Obama, choć…stop..za rasistowsko się robi, ale jeśli jeszcze tego filmu nie widzieliście (albo widzieliście) to zwróćcie uwagę na tego murzyńskiego elfa (który trochę mi później zaczął przypominać swoim „nowym” wyglądem Dartha Krayta z komiksów „Dziedzictwo” spod znaku Star Wars). Mnie to śmieszyło. Śmieszyło mnie też wiele innych rzeczy, bo jednego czego nie można powiedzieć o drugim Thorze to tego, że w filmie brakuje humoru, mało tego jest go dużo a żarty są dobrze dawkowane i podczas seansu wydaje się, że na planie aktorzy musieli się naprawdę dobrze bawić podczas kręcenia (szczególnie Stan Lee i jego cameo mnie rozśmieszyło, mało tego to nie jedyne cameo w filmie!). Mimo swojego tytułowego „mroku” nie miałem jakiegoś przesytu jeśli chodzi o humor w filmie. Czasem rozluźniał atmosferę a czasem były to po prostu żarty sytuacyjne. To można na pewno zaliczyć temu filmowi na plus.

Asgard w pełnej krasie

Asgard w pełnej krasie

Drugim plusem to efekty specjalne. Sam Asgard, który podobał mi się już w pierwszej części, teraz wygląda jeszcze lepiej, nie jest też taki błyszczący i cukierkowaty jak poprzednio a wydaje się bardziej dostojny, ale też jakiś taki bardziej brudniejszy czy ciemniejszy. Wspomniane wcześniej sceny bitew robią wrażenie, jednak znów będę się utwierdzał się w przekonaniu, że dopóki akcja trzyma się z daleka od Ziemii to lepiej to wszystko wygląda pod względem wizualnym, niestety gdy widz trafia na naszą planetę wraz z bohaterami, efekty specjalne umierają. Sam miałem cichą nadzieję, że dostaniemy film, gdzie przez większość czasu, jak nie przez cały czas, będziemy w Asgardzie lub w jakiejś innej fantastycznej krainie i będziemy chłonąć całymi garściami z ekranu ten cały nordycki klimat w kosmicznej scenerii. Bo chyba klimat jest najlepszy w Thorze, bo niby dostajemy film, w którym pojawiają się statki kosmiczne to jednak ku mojemu zdziwieniu bardziej wolałbym aby więcej było elementów czysto fantastycznych ale tych bardziej fantasy niż science-fiction.. Z drugiej strony te statki kosmiczne Mrocznych Elfów, a wcześniej statki Chitauri w Avengers to chyba takie badanie gruntu przed Guardians Of The Galaxy i trzecią częścią Mścicieli, która podobno ma być w założeniach tak genialnym filmem, z jeszcze genialniejszym szwarchcharakterem jakim jest Thanos, że mogę wybaczyć te wszystkie drobne zabiegi Marvela. Zdaję sobie sprawę, że od początku starają się stworzyć jedno spójne filmowe uniwersum, które pozwoli widzowi uwierzyć, że taki Thor czy Iron-Man mogą faktycznie istnieć, ale z drugiej strony są świadomi, że w dalekich planach mają historię bardziej związane w kosmosem.. Ok, tutaj mogę im to wybaczyć. Tylko dlaczego te statki Elfów wyglądają jak żywcem wyrwane ze Star Treka?

Jako trzeci plus chciałbym zapisać bohaterów, ale nie potrafię tego elementu filmu zaliczyć na plus. Bo jak wytłumaczyć fakt, że te wszystkie postacie są tak samo płytkie, że podczas dwóch godzin na ekranie nie zapałałem sympatią do żadnego z bohaterów. Nawet Loki, który gdy już się pojawia niezwykle chamsko przywłaszcza sobie film, ale nic nowego w tej postaci nie widziałem, a wręcz przeciwnie, cały czas miałem wrażenie, że to pierwszy Thor czy Avengers. A szkoda, bo w tym filmie wielu bohaterów mogłoby się rozwinąć, autorzy mogli pokusić się o lepsze rozpisanie tych wszystkich ról a tak podczas seansu ręce same składały mi się do modlitwy, tak bardzo pragnąłem aby takie postacie jak chociażby Sif (Jaimie Alexander, Heimdall, Erik Selvig (Stellan Skarsgård), Darcy (w tej roli Kat Dennings, która trochę wzniosła humoru w tę postać) czy sam Malekith były bardziej rozbudowane albo żeby poświęcono im więcej uwagi. Dobra, Sif dobrze wygląda, ma jedną scenę dobrą z Thorem i kamiennym golemem, Heimdall w jednej scenie pokazuje swoja waleczność, w drugiej zażartuje i tyle.. Najbardziej mi szkoda niewykorzystanego potencjału jaki drzemie w takiej postaci jak Malekith, który moim zdaniem stał się Generałem Zodem tego filmu (swoją drogą jeśli porównuje Malektiha do postaci ze słabego filmu, to wiedz, że coś się dzieje). Pomijam tutaj takie postaci jak Thor czy Loki, dla których pewnie 90% osób obejrzało ten film (tak, znowu Ci Avengers), ale Marvel proszę was, w kolejnym Thorze zróbcie coś z tym bo nawet najlepsza historia będzie niczym, jeśli nie będzie dobrze zarysowanych bohaterów, a przecież trzeba pamiętać, że Joss Whedon, choć czuwał nad tym filmem nie może brać odpowiedzialności za każdy film spod znaku Marvela. On musi robić dobrych Avengersów. Tyle wystarczy.

"mhroczny" Malekith

„mhroczny” Malekith

Thor: Mroczny Świat to film, który mimo wszystko jest lepszy od swojego poprzednika. Może i ma jakieś dziury w fabule, może i chciałoby się aby bohaterowie z każdą kolejną minutą ewoluowali a nie byli wiecznie tacy sami, no i może jednak zainteresowanie tym filmem budowane jest tylko na sukcesie Avengers to muszę z ręką na sercu powiedzieć, że podobał mi się ten film. Może i wytknąłbym najnowszej części Thora jeszcze więcej wad, ale z drugiej strony pomimo swoich wad to wciąż kawał dobrego komiksowego filmu i z nadzieją zaczynam wypatrywać kolejnych filmów ze studia Marvela. Mimo faktu, że w tłumaczeniu w polskiej wersji (zarówno dubbingowej jak i z napisami) pominięto kwestię Infinity Gems, które są bardzo ważne w perspektywie wspomnianych wcześniej Guardians Of The Galaxy czy Avengers 3.

Bo jeśli Marvel chce budować swoje uniwersum tak aby zarówno jego ziemska część jak i ta kosmiczna były ze sobą spójne, to ten film jest dobrym krokiem w tę stronę. Ja bym coś poprawił, coś bym dodał, coś bym odjął, ale mimo wszystko Thor: Mroczny świat to film, który w moim odczuciu jest na plus i gwarantuje olbrzymią dawkę dobrej i niezobowiązującej zabawy. Ja przynajmniej w końcowym rozrachunku dobrze się bawiłem na tym filmie.

manofsteel1

Superczłowiek ze stali

Nigdy nie lubiłem Supermana. Nigdy nie lubił też Batmana. W ogóle chyba nie lubiłem całego DC Comics, zawsze wolałem bohaterów z uniwersum Marvela. Ale przyszedł taki pan jak Christopher Nolan i wszystko zepsuł swoimi filmami o Człowieku Nietoperzu. Bo jeśli porównamy filmy z bohaterami Marvela a tymi z bohaterami DC to jednak te drugie wydają się bardziej mroczne, dojrzalsze. I wiem, że tutaj narażę się fanom filmowego Marvela, ale w moim osobistym odczuciu tak właśnie jest. Może i po raz drugi się komuś narażam, ale gdyby nie Nolan to pewnie dalej nie obchodziłby mnie Batman omijając nawet filmy Tima Burtona, którego tak bardzo lubię za swój niezwykle specyficzny styl. To właśnie Christopher Nolan swoją trylogią sprawił, że Nietoperz zaczął mnie interesować. Także przy tym filmie swoje trzy grosze dodał wcześniej wspomniany pan, tylko czy mu się i tym razem udało?

Za napisanie kilku słów o tym filmie zabierałem się od dawna, ale zawsze coś mi przeszkadzało. Czas upływał nieubłaganie a mój entuzjazm dotyczący nowego Supermana przemijał z każdym dniem. Dopiero premiera filmu na DVD/BD zmotywowała mnie aby w końcu dokończyć ten wpis. Bo o czym tutaj tak na prawdę napisać?

Człowiek ze Stali rozpoczyna się niezwykle epickimi scenami na planecie Krypton, gdzie wybucha rebelia zapoczątkowana przez Generała Zoda. Powodem jest fakt, że spłodzono tam dziecko naturalnymi metodami a nie jak dotąd sztucznie przy pomocy starożytnego artefaktu zwanego Codex, w którym przechowywano dane genetyczne nienarodzonych dzieci, a co za tym idzie każde dziecko na Kryptonie rodziło w jakimś określonym celu, jak np. Generał Zod, który urodził się by być żołnierzem. Nie wiem tak naprawdę gdzie autorzy tego pomysłu popełnili błąd, ale jak piszę to zdanie to sobie wyobrażam tysiące małych dzieci, które się dublują w Kostce Horadrimów (jak ktoś nie wie o co chodzi, to smutno mi, bo nie grał w Diablo 2, ale wrzucę linka tutaj, niech odkupi swoje winy link ). Oczywiście cudowne dziecko przetrwało, gdyż jego rodzice zapakowali je do kapsuły i wysłali w przestrzeń kosmiczną.. Zgadnijcie gdzie trafiło? Tak, na naszą planetę.

A na Ziemi Clark Kent (czy jak kto woli Kal-El) odkąd dowiedział się skąd pochodzi próbuje za wszelką cenę dowiedzieć się czegoś więcej o swoim pochodzeniu jak i o samym sobie. Nasz główny bohater, w którego wciela się Henry Cavill, jest świadomy, że posiada olbrzymią moc jednak od najmłodszych lat jego przybrany ojciec (Kevin Costner) wpaja mu, że nie może jej używać przeciwko innym, mało tego najlepiej gdyby nie używał jej w ogóle, i choć wydaje się to głupim wytłumaczeniem jeśli chodzi o „cudowne” moce naszego tytułowego Człowieka ze Stali to scena z tornado jest świetnym przykładem jak można być bezsilnym nawet gdy posiada się „moc”. Swoją drogą, chyba jedna z lepszych scen w całym filmie. Dla mnie na pewno najlepsza.

Bardzo, ale to bardzo STRASZNY Generał Zod

Bardzo, ale to bardzo STRASZNY Generał Zod

Nie wiem też czemu twórcy tego filmu postanowili stworzyć film tak bardzo niespójny jeśli chodzi o przebieg akcji bo raz dostajemy scenę, która rozgrywa się „wspólczesnie” a raz cofamy się do młodzieńczych lat Clarka. Lubię retrospektywy, przebłyski czy jakieś flashbacki, ale nie aż tak bardzo żeby film wydawął mi się jak sklejanie na przemian scen. Raz coś co było, raz coś co jest teraz, raz stara, raz nowa. A wszystko utrzymane w klimacie nowych Batmanów Nolana. Przynajmniej chyba taki był zamysł, ale.. no właśnie BYŁ. Ja rozumiem, że w każdym restarcie serii i pierwszym filmie trzeba gdzieś wsadzić set-up postaci, ale czemu w taki sposób, że dostajemy co chwile te flashbacki, ja nie wiem, ja nie rozumie.

O ile nowe Batmany mi się bardzo podobały i zaliczam je do moich ulubionych filmów i wiem, że pisząc te słowa mogę narazić się wielu osobom, szczególnie tym którzy ubóstwiają Batmany Tima Burtona czy serial animowany o Człowieku-Nietoperzu, ale cóż zrobić, że pan Nolan stworzył trylogię, która sprawiła, że w końcu zacząłem lubić tego bohatera za którym jakoś nigdy szczególnie nie przepadałem. I wytężam swój mózg do czerwoności szukając odpowiedzi dlaczego film o Supermanie nie może choć w połowie trzymać poziomu filmów o Nietoperzu, skoro Nolan maczał w tym palce. Jedynym sensownym wytłumaczeniem jest chyba to, że ktoś za bardzo chciał aby te filmy klimatem przypominały właśnie filmy Nolana, pewnie też chcieli równie dobrze zarobić, ale moim zdaniem tym właśnie filmem położyli chyba całą serię o Clarku Kencie. Nie pomoże pewnie też obecność Batmana w sequelu, choć gdzieś tam w środku wierzę, że jednak może być inaczej.

Bo co tak naprawdę mam napisać w tym miejscu? To, że filmy na podstawie komiksów Marvela, niezależnie czy tworzone przez studio Marvela czy też inne są dalej lepsze od tych na podstawie historii wydawanych przez DC Comics? Chciałbym aby było inaczej, bo Batmany Nolana w moim odczuciu pokazały, że jednak z filmowym uniwersum Avengers czy X-Menów można konkurować to dlaczego zrobili film, który ten cały wysiłek zaprzepaścił? Bo pomińmy już efekty specjalne, które stoją na dobrym poziomie, chociaż Oryginalne Gwiezdne Wojny w swoich pierwotnych wersjach czy też Jazon i Argonauci z 1963 roku (z genialną sceną animacji walki ze szkieletami) mimo upływu tylu lat wciąż robią wrażenie to jednak Człowiek ze Stali nie ma nam nic do zaoferowania.

Nawet aktorzy, poza drobnymi wyjątkami nic nie pokazali. Amy Adams jako Lois Lane jest po prostu brzydka i wręcz irytująca przez cały seans, Michael Shannon jako Generał Zod jest tak bezbarwny w swojej kreacji, że trudno go nazwać tym złym, serio już SAM GŁOS Christophera Lee jest bardziej mroczny i straszny niż postać grana przez Shannona. Laurence Fishburne czy Russell Crowe grający ojca Kal-Ela, czyli Jor-Ela jedyne co można o nich powiedzieć pozytywnego to to, że mają sławne twarze i nic więcej. Jedynie Kevin CostnerHenry Cavill trzymają poziom, bo o ile pierwszy wygrywa chyba cały film sceną z tornada (tak, dla mnie to najlepszy moment filmu, scena z tornado, najlepsza scena w filmie o superbohaterze, ech..) to ten drugi gra Supermana, po prostu i nic więcej, jednak chyba mimo wszystko da się go lubić jako aktora, jednak z drugiej strony nie powiemy o nim, że TO ON jest właśnie Supermanem tak jak Robert Downey Jr. Jest Iron-Manem.

Rola życia Henry'ego Cavilla

Rola życia Henry’ego Cavilla

Człowiek ze Stali to film, który początkowo spodobał mi się bardzo, ale z czasem cały entuzjazm, który miałem opadł, a po jakimś czasie po prostu zgasł. Całkowicie zrozumiem jeśli osoba po seansie tego filmu zacznie się nim zachwycać bo sam tak miałem, jednak nie zdziwi mnie też to, że następnego dnia człowiek po prostu zapomni o tym filmie. Jednak cały czas wierzę, że kontynuacja Człowieka ze Stali, w której pojawi się Batman, w którego wcieli się Ben Affleck, będzie filmem po którym stwierdzę, że jego poprzednik to tylko mała wpadka przy pracy i wciąż są szanse na równą walkę pomiędzy filmowymi uniwersum Marvela a DC Comics.

Jak na razie jedyne co mogę powiedzieć o tym filmie to.. a nic już nie powiem. Każda litera w tym wpisie mnie boli, chyba nie bez powodu jest to chyba najdłużej pisany tekst na tym blogu przeze mnie..

ps2

Ja, Playstation 2 i ja

Nie ma chyba takiej osoby, która z ręką na sercu mogłaby powiedzieć, że ani razu w swoim życiu nie grała w jakąkolwiek grę. I nie chodzi mi tutaj o gry planszowe ale o te elektroniczne, czy to komputerowe, konsolowe czy też te mobilne, ukryte głęboko w naszych telefonach, czy jak kto woli bardziej poprawnie politycznie smartfonach. Ja sam zaliczam się do osób, które trochę życia straciły grając w gry. Może nie jakoś maniakalnie, ale coś tam zawsze było, może dla innych to będzie mało, ale zawsze coś.

Jednak mimo wszystko przegapiłem okres konsolowy. Nie chce tutaj wychodzić na ignoranta, ale jedyne konsole jakie miałem do tej pory w swoim domu to był Pegazus (czy tam jak kto woli Pegasus) i Brick Game (tzw. gierka z tetrisem i nie tylko). Jednak te „główne” konsole gdzieś zawsze były obok mnie. Pamiętam sam, że chodziłem ze znajomym do komisu z grami i za piątaka graliśmy najczęściej w Tekkena na Playstation czy to na kolejnej wersji tej konsoli, czyli dwójce. Wstyd się przyznać, ale choć nie chciałem mieć własnej konsoli firmy Sony u siebie to jednak kilka gier miałem na dysku swojego komputera i emulatorem je odpalałem. W sumie tak było nie tylko z Playstation, ale także z takimi konsolami jak GameBoy czy Nintendo 64. Jakoś zawsze widziałem większy sens w emulacji niż w posiadaniu fizycznej konsoli u siebie. Nie wiem czym było to podyktowane tak na prawdę, czy to ceny gier mnie odstraszały, cena sprzętu czy może wszystko po trochu. Jednak po latach można powiedzieć, że zrozumiałem swój błąd i tak oto jakiś czas temu stałem się szczęśliwym posiadaczem Playstation 2 w wersji slim.

Może się to teraz większości osób, które to czytają po prostu śmieszne, że w czasach gdy lada dzień premierę będzie miała czwórka ja nabyłem sobie PS2. Nic jednak bardziej mylnego, bo PS2 to, mimo upływu wielu lat od swojej premiery, maszyna, która potrafi dostarczyć człowiekowi wiele satysfakcji. Może i minęło 13 lat od premiery jednak wśród graczy wciąć PS2 jest miło wspominana a i sam osobiście w internecie spotkałem się z wieloma stronami czy tematami na forum dotyczącymi tej właśnie konsoli. Sam jakiś czas temu wróciłem do grania, więc internet był pierwszym miejscem, gdzie udałem się po „radę” jeśli chodzi o mój nowy sprzęt. Poczytałem, pooglądałem trochę filmików czy gameplayów gier i muszę przyznać, że niektóre tytuły z biegiem lat wcale się nie zestarzały pod względem graficznym. Może i też nie są jakieś olśniewające i nie rzucają na kolana tak jak niektóre tytuły wydane na PS3 czy X-Boxa 360, ale osobiście jestem pod wrażeniem ile można z takiego małego pudełka wyciągnąć jeśli chodzi o grafikę. Bo grywalność to rzecz względna, do tego nie trzeba świetnej grafiki, wielu graczy potwierdzi teraz moje słowa. Jednak żyjemy w takich czasach, że kładzie się głównie nacisk na część wizualną a nie na część związaną czy to z dobrą fabułą czy też mechaniką samej gry. Ale ile graczy tyle pewnie opinii, dla mnie jednak grywalność wygrywa z oprawą wizualną. Może to też spowodowane jest tym, że mój pecet nigdy nie był demonem szybkości i gdy inni grali w najnowsze gry, ja dalej męczyłem starsze tytuły, ale świetnie się przy tym bawiąc!

Po tych kilku tygodniach odkąd mam swoją konsolę mogę śmiało powiedzieć, że jestem zadowolony z jej posiadania. Ktoś zapyta czy nie jestem szalony albo czy nie jestem zbyt dużym optymistą skoro posiadam obecnie jedną grę (Star Wars Episode III: Revenge of the Sith, wiadomo, pierwsza musiała być gwiezdowojenna). Jednak w czasach gdy za horyzontem czeka czwórka, a w wielu domach stoi trójka posiadanie Playstation 2 może być dobrą opcją, jeśli chodzi o dobrą, a co za tym idzie również, tanią rozrywkę. Mając w swoim mieście dwa komisy z grami używanymi mogę już mieć jakiś tytuł płacą 15-45 zł za grę. Oczywiście, są także serwisy aukcyjne takie jak Allegro czy Ebay, ale stacjonarne komiksy pozwolą mi szybko zamienić swoje „stare” gry na jakieś nowe tytuły co za tym idzie nie będę musiał wydawać olbrzymich kwot na gry, porównując ceny gier na PS2 a PS3. Mam w planach pogranie w Tekkena (może 5 ? ), Final Fantasy czy też w kolejne gry spod znaku Star Wars. Jeśli możecie mi coś doradzić, w co zagrać, piszcie śmiało. Ja na pewno PS2 będę trzymał u siebie, bo to maszyna, na której mogę pograć w gry z jedynki i dwójki a i nawet mogę jakiś film na DVD obejrzeć. Takie tanie, ale wydajne, centrum rozrywki. Na pewno uzbieram komplet gier Star Wars na tę konsolę a także okazjonalnie kupię/pożyczę/pogram w tytuły, które są klasykami i warto w nie zagrać.

Cóż zatem mogę powiedzieć, jestem zadowolony z zakupu jak małe dziecko, nie pozostaje mi nic innego jak prosić was o pomoc w doradzeniu w co zagrać a sam wracam do grania.

Gra planszowa „Dobre i Złe Duchy”

Wygrywając na Grojkonie 2013 konkurs wiedzy o Wojnach klonów, otrzymałem 200 grubli, czyli walutę konwentową. Dwie stówy można było wymienić na różne gry planszowe czy też książki. Ja za namową znajomego sięgnąłem po grę planszową Dobre i Złe Duchy.

Dobre i Złe Duchy to polska wersja dobrze znanej na całym świecie gry Duchy, co dowiedziałem się czytając instrukcję dołączoną do gry, ale to później co i jak. Najpierw zacznijmy od tego co dostajemy w samym zestawie. W pudełku czeka na nas 16 figurek duchów, które są naszymi pionkami w grze, 20 znaczników (po 10 dla dobrych i złych duchów). Warto tutaj nadmienić, że po „włożeniu” znaczników do figurek zostają nam po dwa znaczniki (warto je zatrzymać i mieć w zapasie jakby kiedyś nam się jakiś zgubił). Do tego wszystkiego oczywiście mamy dwustronną planszę do gry, instrukcję oraz pudełko.

Zasady gry przypominają trochę grę w warcaby. Na planszy każdy z graczy ustawia swoje duchy, czyli 4 dobre oraz 4 złe. Naszym celem jest poruszanie się po planszy w czterech kierunkach (nie na ukos) tak aby nasze dobre duchy trafiły do wyjścia, które znajduje się po przeciwnej stronie planszy. Podczas naszej „podróży” możemy zbijać pionki przeciwnika, jednak uważajmy aby nie zbijać tych złych, gdyż w momencie, gdy „uśmiercimy” złe duchy naszego rywala automatycznie przegrywamy. Jednak najśmieszniejsze jest to, że przecież nie wiemy, który duch jest który, czy naprzeciwko nas stoi dobry i zostawić go, obejść czy po prostu zbić.. To może irytować w momencie, gdy po kilku partiach stwierdzimy, że robimy cały czas te same ruchy a sama rozgrywka przeszła na pełny automatyzm co sprawia, że…po kilku partiach sama gra trwa około 5 minut. No chyba, że gracze gonią się po planszy albo udają naprawdę wielkich strategów. Nie pomoże nawet fakt, że plansza jest dwustronna i gdy znudzi nam się gra na kwadratach…może zagrać na drugiej stronie, gdzie czekają nas pola w kształcie heksów, co (teoretycznie) ma urozmaicić rozgrywkę.

Dobre i Złe Duchy to gra planszowa, która zapewni nam dobrą zabawę, ale przez naprawdę krótki czas. No bo powiedzcie szczerze, czy ktoś gra w warcaby dwie czy trzy godziny pod rząd? Ja, choć lubię warcaby, to jak już w nie grałem to 4-5 partii i odkładałem je na bok i sięgałem po coś innego. Tak też będzie w przypadku Duchów – ktoś po nie sięgnie, zagra kilka razy i odłoży. Może kiedyś wróci przy okazji, może i nie. Ja sam pewnie zagram jeszcze nie raz, ale 20-30 minut i tyle..no bo ileż można non stop robić to samo? Proste zasady, staranne wykonanie to na pewno plusy, zaś monotonność to na pewno minus, największy. Dostałem Duchy za darmo i cieszę się, że mam grę planszową w swoich zbiorach, ale szczerze to nie polecam jej zakupu. Te 60-70 zł można wydać na o wiele lepszą i bardziej wciągającą planszówkę, bo przecież gry planszowe są fajne.

Eurobiznes jest fajny, prawda? Ale to już temat na inny wpis.

Wolverine

WolverineMoże się wydawać, że bohaterowie Marvela, którzy, jak na ironię, nie należą do studia filmowego Marvel/Disney przegrywają sromotnie walkę o widza. Spider-Man, X-Meni kontra Kapitan Ameryka, Iron-Man czy sami Avengers… jak na ironie moje ulubione postacie należą do innego studia (czy tam studiów). Całkowicie pomijam postacie z uniwersum DC, czyli Supermana, Batmana czy Zieloną Latarnię, bo tutaj skupię się na Marvelu. Przynajmniej na tym filmowym uniwersum.

Sprawa o tyle ciekawa, że prawa do postaci mają dwa czy tam trzy studia co za tym idzie poziom filmów z danego studia różni się diametralnie. Już sama stylistyka Avengers czy nowego Spider-Mana mówi nam wiele o różnicach pomiędzy studiami. Ja tam osobiście cieszę się, że Mutanci nie należą do Myszki Miki i spółki, co za tym idzie istnieje większe prawdopodobieństwo na to, że otrzymamy dojrzalszą historię niż te ze stajni Disneya. Przynajmniej tak można sądzić, że tak będzie „w teorii”. Ale wróćmy do samego filmu.

Na początku trzeba otwarcie powiedzieć, że jeśli ktoś nie wie kim jest Wolverine, nie wie co to X-Men to trudno będzie się połapać na początku o co tak naprawdę chodzi w tym filmie. Twórcy teoretycznie odcięli się od poprzedniego filmu, czyli Genezy a co za tym idzie nie dowiemy się kim główny bohater jest i dlaczego jest taki jaki jest. Jedyną rzeczą, która sprawia, że jest jakaś ciągłość z seria o Mutantach to wątek z Jean, który nawiązuje do końcówki X-Men: Ostatni Bastion. I tak, jak nie oglądaliście tego filmu i jeśli naprawdę nie wiecie nic o Wolverinie to film oglądać będziecie jako kolejny film akcji z ładnymi efektami. Bo naprawdę nie rozumiem jak typowy człowiek, który chodzi do kina dla „rozrywki” nie mając elementarnej wiedzy o Rosomaku może dobrze bawić się na tym filmie..

Odstawiając na bok zawirowania fabularne czy też fakt, czy ktoś zna głównego bohatera czy też nie otwarcie stwierdzam, że w holiłudzie panuje dziwna moda na filmy ala Cierpienia Młodego Wertera. Było to w Mrocznym Rycerzu Powstaje, było w trzecim Iron-Manie, było nawet po części w Człowieku ze Stali.. to będzie jeszcze w nowym Wolverinie. A co, jak szaleć to szaleć! Główny bohater cierpi, przeżywa swoją osobistą tragedię, mało tego co chwilę dostaje w cztery litery ale na końcu i tak wszystko się dobrze kończy i na końcu widzimy swego rodzaju renesans naszego bohatera. Przynajmniej ja miałem takie wrażenie, że choć bohaterowie i miejsca są inne to już gdzieś widziałem podobne rozwiązania fabularne, szkoda, naprawdę szkoda bo jak tak dalej pójdzie to każdy film superbohaterski będzie na zasadzie: bohater XYZ dostaje w dupe, jeszcze bardziej, a jeszcze raz dostanie, już przegrał prawie..a nie zwyciężył jednak! Nie o to, że się czepiam, ale co za dużo to niezdrowo, a choć jestem fanem X-Menów jak i samego Wolverine’a to patrzę na ten film mimo wszystko krytycznie.

Kolejnym powodem, który może odrzucić to sceneria, w której rozgrywa się akcja, czyli.. Japonia. Już sam fakt wymusił na twórcach pewną stylistykę, która nie musi się każdemu spodobać, jednak sama w sobie nie męczy widza, więc da radę przełknąć „japonszczyznę” w tym filmie. A skoro Japonia to i główny zły, który musi się w jakiś sposób być „połączony” z główną scenerią, to nie kto inny jak Silver Samurai (czy jak kto woli Srebrny Samuraj). Postać, którą znam słabo, żeby nie powiedzieć, że wcale. Coś tam pamiętam, że pojawił się w odcinku lub dwóch animowanej serii Wolverine and the X-Men, gdzie Logan powrócił do kraju Kwitnącej Wiśni..i tyle. Także i tym razem Logan, dręczony powracającymi koszmarami dotyczącymi Jean Grey, wraca do Japonii z tym aby pożegnać umierającego przyjaciela Yashidę. Oczywiście Rosomak nie byłby sobą gdyby nie wpakował się w jakieś tarapaty. Myślę, że tyle wystarczy, bo wiem, że pisząc jeszcze cokolwiek będę mógł niektórym zdradzić za dużo a tego przecież nie chcemy, prawda?

Wolverine to film średni, mimo, że widać po nim, że twórcą zależało aby zmazać złe wrażenie po swoim poprzedniku, czyli Genezie, ale..no ale musieliby zrobić niewyobrażalnego gniota aby przebić ten film. Mimo, że ten film oglądało mi się naprawdę dobrze i przyjemniej jednak po głębszym zastanowieniu zorientowałem się, że to kolejny film w tym sezonie letnich blockbusterów, który powiela pewne schematy z poprzednich „wielkich” filmów tego lata. Nawet przymknę oko na sposób w jaki film jest zrobiony, który uniemożliwia osobie z zewnątrz głębsze wgryzienie się nie tyle co w fabułę co w samą historię Rosomaka.. Po seansie przez dłuższy czas zastanawiałem się, czy normalny człowiek niemający dotąd styczności z marvelowskimi mutantami ogarnie to co widzi na ekranie. Film jest średni, momentami nawet trochę nudny a czarne charaktery czasami stają się własnymi parodiami.. A szkoda bo zarówno Viper mogłaby się stać taką femme fatale a Srebrny Samuraj.. Cóż, po nim mam większy niesmak jak po Mandarynie w nowym Iron-Manie. Wolverine to film średni, ale mam jakąś słabość do X-Menów jak do tytułowego bohatera, do tego oglądałem poprzednie filmy, więc znam jako tako filmową historię Rosomaka, coś tam animowanego obejrzałem, komiksów parę też przeczytałem o nim. Problem polega na tym, że mimo tego wszystkiego dostrzegłem aż tyle wad w tym filmie. Ale z drugiej strony jak się nie zobaczy to się nikt nie przekona jaki ten film naprawdę jest, napewno nie jest to film z kategorii „nie oglądać”. Obejrzeć można, tylko czy wiesz coś o Wolverinie więcej niż to, że gra do Hugh Jackman? Ja wiem, a Ty?