unclemroowa2015

UncleMroowa

W kolejnej odsłonie Mojej Dziwnej Telewizji poznamy jednego z moich ulubionych recenzentów na polskiej tubie. Moim zdaniem jednego z lepszych, ale niestety bardzo niedocenianego. Przedstawiam Wam UncleMroowę!

pacificrim

Pacific Rim

Uwielbiam Guillermo del Toro. Szczególnie za jego „Labirynt Fauna”, który ilekroć oglądam, za każdym razem wsiąkam w ten film całkowicie. Kocham go także za „Hellboya” oraz za sequel „Złota Armia” (który można nazwać „Labiryntem Fauna 2”). Facet ma niesamowitą wyobraźnie, która choć trochę pokręcona, bardzo mi pasuję. Nic więc dziwnego, że ucieszyłem się na kolejny jego film, mało tego, ten mnie od samego początku zaskoczył. Wielkie potwory kontra olbrzymie potwory. Skojarzenia z transformersami i godzillą były dla mnie oczywiste, sam fakt, że to del Toro też już był pozytywem, pytanie tylko czy aby na pewno ten film mnie może zaskoczyć w jakiś pozytywny sposób. Transformers 3, choć jest filmem fajnym na typowe „odmóżdżenie”, z biegiem czasu strasznie nudzi, obejrzę dwa, góra trzy razy i koniec. Nie chce do tego filmu wracać, choć w przypływie euforii opisałem go jako warty polecenia film. Po kilkukrotnym obejrzeniu niezwykle efekciarski zwiastunów do głowy wpadła mi myśl, że pomysł na fabułę podobny jest do tej z bajki „Robotix” (w Polsce znana jako… „Skallor – planeta robotów”), mam do niej sentyment, więc pewnie dlatego wyłapałem podobieństwo, z resztą zobaczcie sami:

Skalorr to wymarła planeta, na której trzy miliony lat wcześniej żyły dwie rasy -pokojowi Protectoni i miłujący wojnę Terrakorzy. Różne poglądy często doprowadzały do konfliktów zbrojnych.
Lecz narodził się problem poważniejszy, niż wojna pomiędzy tymi dwoma rasami. Argus – przywódca Protectonów – odkrywa, iż wybuch Supernovej zmiecie życie z całej planety. Nemezis – przywódca Terrakorów – proponuje ucieczkę Terrastar – jego statkiem kosmicznym, który miał służyć do zawładnięcia galaktyką. Ostatecznie jednak, za radą Compucore – sztucznej inteligencji, będącej jednocześnie centrum dowodzenia planety – wszyscy osobnicy obydwu ras zostają poddani hibernacji. Do bunkra wdziera się jednak promieniowanie. Compucore decyduje sie przenieść umysły kilku przedstawicieli Protectonów i Terrakorów do Robotixów – olbrzymich robotów, które miały służyć do odbudowy planety. W tym samym czasie, na wymarłym już Skalorrze, rozbija się statek kapitana Exetera Galaxona i jego załogi. Zostają oni wplątani w konflikt między Protectonami i Terrakorami, który teraz dotyczy przejęcia Compucore.

Dlaczego podobne? Otóż fabuła „Pacific Rim” opiera się na tym, że z pewnego portalu na dnie oceanu do naszego świata dostają się olbrzymie bestie zwane Kaiju, aby z nimi walczyć ludzie zbudowali olbrzymie roboty, czyli Jaegery, które sterowane są przez dwie osoby połączone ze sobą umysłami poprzez sieć neurologiczną zwaną dryftem. Widać jakieś różnice? Ja widzę i się cieszę, ale nie o tym mowa, wróćmy do „Pacific Rim”.

Po przytoczeniu fabuły warto się zatrzymać przy reżyserze, czyli Guillermo del Toro, który nakręcił film o wielkich robotach, które naparzają się z bestiami przez 2/3 filmu. Sezon letni, takie filmy będą miały wzięcie, ktoś pomyśli. Ale jest jedno ale, a tym ale jest właśnie reżyser, który sprawił, że oprócz bezmózgiej akcji czy pokręconej fabuły, sprawił, że film ma jakiś pierwiastek baśniowy i sam w sobie jest swego rodzaju ucieleśnieniem dziecięcych marzeń, szczególnie tych chłopięcych. Fabuła jest pokręcona, trochę naciągana a sama akcja na początku pędzi z zawrotną prędkością, ale widz tylko wprowadza się w świat wojny pomiędzy kaiju i jaegeramiw. Tu stwierdzam, że momentami fabuła tak pędziła szybko, że gubiłem się w ogarnięciu co i jak, ale z pomocą przychodziły mi…sceny „mówione”. W filmach tego typu takie sceny raczej działają na złość bo zazwyczaj dialogi są smętne, nudne i nic nie wnoszą praktycznie do akcji, mało tego często ją niepotrzebnie spowalniają, ale nie tutaj. Tutaj każda scena mówiona praktycznie ma swój sens i odpowiednie miejsce, podczas każdej takiej sceny wewnętrzny głos mówił powtarzał „dawać mechy, dawać bestie!„, ale nie dlatego, że mnie te sceny nudziły, tylko po prostu od pierwszych scen walk z wypiekami czekałem na następne. A jest co oglądać..

Sceny walk są jak zapalnik, który obudzi dziecko w każdym mężczyźnie, który obejrzy ten film. Mało tego, kobietom też się powinno spodobać. Znam jedną, której się podobało, więc już jest na plus. Jeśli ktoś uważa, że w filmach o Transformersach były najlepsze sceny z wielkimi robotami (w Gigantach ze stali też były, tak przypominam jakby co) to w Pacific Rim możemy śmiało stwierdzić, że jeśli istnieje jakaś skala widowiskowości scen z robotami, to w tym filmie wszystko przekracza skalę. Dosłownie. Efekty komputerowe używane są w praktycznie 90% filmów, które oglądamy, często nawet nie jesteśmy świadomi, że są tam jakieś komputerowe efekty dlatego granica między dobrymi efektami a tandetnymi jest bardzo cienka, jednak tutaj mamy idealnie wyważone proporcje a każdy kaiju czy jaeger jest inny, szczególnie roboty, które nie dość, że każdy ma inny wygląd to jeszcze każdy ma inny styl walki (!) Minusem jednak jest to, że wiele scen rozgrywa się po zmroku, dlatego momentami po prostu mało widać. Pewnie to celowy zabieg bo jak ciemno to nie trzeba się starać jeśli chodzi o efekty i mniej pracy zajmuje wyrenderowanie takiego robota gdy jest w ciemności niż w blasku czy innym świetle.

Efekty efektami, ale oprócz pięknych robotów, potworów czy scen walk mamy też aktorów i historię. Muszę przyznać, że aktorzy zagrali poprawnie, są momenty śmieszne, są momenty poważne, są też momenty pełne patosu…no i też momenty głupie, ale ogólnie nie mogę powiedzieć, że jakaś postać mnie irytowała podczas seansu. Jest taki duet naukowców-doktorków, którzy wprowadzają pewien rodzaj humoru i wiem, że w większości przypadków będą to postacie, które jednych będą denerwować inni polubią ich z miejsca, ale i tak moim zdaniem film kradnie Ron Perlman, który wciela się w postać handlarza pozostałościami po kaiju (sprzedają nawet gówno bo zawiera dużo fostoru i dobre jest na nawóz a i proszek z kości jest dobry). A historia? Mamy dziurę w oceanie, z której wychodzą wielkie potwory z innego wymiaru a ludzie zbudowali wielkie roboty do walki z nimi.. Jeśli to już nie odstrasza kogoś to może śmiało zobaczyć ten film, bo choć fabuła wydaję się słaba, ale o dziwo, del Toro sprawił, że nie czuć tej infantylności co w podobnych produkcjach.

Największym minusem tego filmu jest fakt, że został tak słabo rozreklamowany a sam Guillermo del Toro też nie jest za bardzo rozpoznawalnym reżyserem na tyle aby popędziły tłumy do kina, ale.. warto iść. Bardzo. Przy nowym Star Treku napisałem, że to film roku, ale teraz do wyścigu o to miano dołączył Pacific Rim a i możliwe, że to nie koniec dobrych filmów. Aha, jakby ktoś chciał to polecam także animację „Robotix”, o której wspominałem na początku.

star_trek_into_darkness_2013-wallpaper-1920x1080

W ciemność. Star Trek (gratis spoilery)

stidOd razu na początku zaznaczę, że w mojej hierarchii wartości na samej górze jest Star Wars a dopiero potem Star Trek. Jednak to nie znaczy, że nie lubię ST, mało tego obecnie oglądam w miarę regularnie odcinki oryginalnej serii a potem w planach dalsze serie serialowe z Enterprise w tle. Jakiś sentyment z oglądania „The Next Generations” na TVNie został, a że podoba mi się ten świat (może nie tak bardzo jak SW, ale podoba) to czemu go nie eksplorować dalej? A, że Star Trek z 2009 roku, mimo iż jest mało „trekowy”, podoba mi się bardzo to tylko kwestią czasu było aż zobaczę „W ciemność. Star Trek”.

I tutaj napiszę, że będę walił spoilerami, więc jak ktoś nie chce czytać to niech dalej nie czyta.

Wędrówka czy Wojna?

Ostatnio usłyszałem od paru osób ciekawe spostrzeżenie, że skoro zarówno akcja Star Trek jak i Star Wars dzieje się w kosmosie to przecież nie powinny się niczym od siebie różnić. Biorąc do serca sobie taki tok myślenia można wytłumaczyć wszystkie zależności rządzące naszym światem: masz pieniążka to nie jesteś bogaty, masz nogi to możesz chodzić, masz oczy to widzisz. Nikt się nie zatanowi, że masz pieniądze, ale masz ich za mało, masz nogi, ale jeździsz na wózku, masz oczy ale nie widzisz od urodzenia. Takie anomalie też się zdażają, więc nie można szufladkować wszystkiego w tak prosty sposób, ale od czego jestem ja, pomogę, a przynajmniej spróbuje wyjaśnić czym jest SW a czym ST.

startrekStar Trek to w wolnym tłumaczeniu Gwiezdna Wędrówka (z tym, że samo słowo „trek” oznacza raczej dłuższą wędrówkę niż doi sklepu po mąke i jajka). Ta wędrówka to pięcioletnia misja, która ma na celu dotrzeć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Tak przynajmniej było w pierwszym serialu telewizyjnym, który nazywał się… Star Trek (później przemianowano go na Star Trek: The Original Series, aby odróżnić go od pozostałych seriali z serii. Mało tego, sam serial w latach, gdy był po raz pierwszy emitowany w telewizji okazał się klapą. Dopiero „powtórki” sprawiły, że Gwiezdna wędróka odniosła sukces. Najprościej to można powiedzieć tak, że Star Trek jest o nas, o zwykłych ludziach, tylko, że mamy XXIII wiek, technologia rozwinięta tak, że można latać w kosmos a dzięki napędowi warp można szybko ten kosmos przemierzać. Mówiąc jeszcze prościej ST to jakby historia człowieka, ale taka, któa dopiero będzie. Wszystko tu jest tak bardzo realne jak tylko może, a nie może być dosłownie realne w 100% bo ludzie nie latają w kosmos i nie wiemy, czy ktoś oprócz nas jeszcze jest tam na górze. Sama idea ST jest prosta: badać, eksplorować, poznawać nowe, ale.. ale nie robić nikomu krzywdy i nie być agresywnym.

Wspomniałem, że serial ST dorobił się później przydomka „The Original Series„, a to dlatego, że powstały jeszcze inne seriale w tym świecie i jakoś je trzeba było od siebie odróżnić. Tak więc mamy: The Original Series, The Animated Series, The Next Generations, Deep Space Nine, Voyager, Enterprise. Najbardziej znane „zwykłemu człowiekowi” to The Original Series i The Next Generations (Następne pokolenie). Najprościej mówiąc Star Trek to gwiezdna wędrówka, której celem jest poznawanie nowych światów w kosmosie a nie ich niszczenie. Taka pielgrzymka po drodze mlecznej, a nie, przesadziłem. Tak więc mamy 6 seriali ST (w tym 1 animowany, niekanoniczny w ogóle) oraz 11 filmów (10. pierwszych było wg klasycznej chronologii, 11. to już alternatywna rzeczywistość i historia a 12. będzie miał dopiero swoją premierą).

starwarsStar Wars, czyli Gwiezdne Wojny. I tutaj odpowiedź jest już łatwiejsza, bo jeśli już wiemy, że ST to wędrówka po kosmosie o zabarwieniu filozoficznym to SW to takie wojny w kosmosie. Dokładniej to space opera, czyli mówiąc jeszcze prościej to taka baśń w kosmosie. Biorąc pod uwagę pierwszy film z serii to mamy tak wszystko baśniowe: młody chłopiec wyruszający w podróż, która odmieni całe jego życie (wyguglajcie sobie conieco o „micie Cambella”), mamy dobrego czarodzieja, złego też mamy, mamy księżniczkę, mamy szczęśliwe zakończenie, mamy też morał, że jak w coś wierzysz to się uda (Use the Force, Luke!, naciągane, ale co tam).

Wojen w Gwiezdnych Wojnach mamy bez liku, jeśli biorąc oficjalną chronologię to mamy kilka(naście) tysięcy historii, gdzie co chwile jakaś wojna jest. Pokój też tam jakiś jest ale to raczej na zasadzie zimnej wojny, ale czemu się dziwić, nie dostaniemy historii o kucykach, jeśli mamy w tytule słowo „wojna”.

Takie małe podsumowanie na koniec wypadałoby zrobić, więc oto ono:

Star Trek – ludzie po II WŚ są szczęśliwi, nauczyli opanowywać wszelkie choroby, są pokojowo nastawieni, mają rozwiniętą technologię. Rozwinęli się tak, że polecieli w kosmos, na wędrówkę. Lecą sobie statkiem Enterprise i zwiedzają, poznają i eksplorują nowe światy, czaaasem powalczą, ale to jest nieuniknione jak się „przez przypadek” wtargnie na terytorium wroga. Dwa ostatnie filmy z serii w reżyserii J.J. Abramsa to taki totalny reset, zero filozofii znanej ze starego ST, ale więcej akcji i wybuchów. ST tylko z nazwy, ale kino fajne, przynajmniej ten z 2009 roku, bo 12. film dopiero w maju, ale zwiastuny są cudowne.

Star Wars – to taka baśń w kosmosie, gdzie dobrzy walczą ze złymi, a w tle mamy miłość (heh, serio, ale zasnąłem ostatnio na drugiej części jak oglądałem z kobietą, takie romantyczne), humor (żarty Jar-Jar Binksa vs C-3PO&R2-D2), intryga (bo ukradli coś tam, coś tam budują za plecami innych). Jednak najogólniej mówiąc SW to taka baśń w kosmosie, gdzie można spotkać pierwiastki z innych gatunków. 6 filmów kinowych, 7. w produkcji. No, i ciekawostka, jak powiedzieć, że ST czy SW jest lepsze, skoro J.J. Abrams jest reżyserem i tu i tu?

Dobra, koniec. Prościej nie umiałem, ale mam nadzieję, że ktoś ogarnie co i jak.

Pamiętnik fana

pamietnikfana

 

„…Gwiezdne wojny są filmem głupim, ale wspaniale zrobionym…”
Harrisom Ford (Han Solo)

Początek

Już na samym początku przyznam się, że nie będzie to porywająca lektura. Jest to po prostu próba spisania moich wspomnień w celu podzielenia się nimi z innymi fanami, którzy możliwe, że tak jak ja, mieli podobne przeżycia związane z Gwiezdnymi Wojnami. W zamyśle miała to być średniej długości notka, która pierwotnie miała wylądować na bastionowym blogu, jednak z czasem zaczęła się rozrastać i stwierdziłem, że warto trochę ją pozmieniać, tak aby ze zwykłej „kartki z pamiętnika” stworzyć tekst, który choć minimalnie będzie można podciągnąć pod miano publicystyki. Myślę, że forma wspominkowo-publicystyczna będzie najodpowiedniejsza dla tego tekstu.

Wielka Trójca 2012

Sezon filmowy 2012 można uznać za zamknięty. Nie będę tutaj robił podsumowania całego roku, jak miało to miejsce w tamtym roku, gdyż mówiąc najprościej… nie chce mi się. W sumie to czekałem tylko na trzy filmy, trzy wyjatkowe filmy. Wielka Trójca. Te trzy filmy to: AvengersHobbit: Niezwykła podróż oraz Mroczny Rycerz powstaje. Trzy filmy, na które czekałem, bo były dla mnie w pewien sposób ważne. Każdy z tych trzech filmów kończył coś a zarazem rozpoczynał.

Niemożliwe

NiemożliweFilm o tsunami. Tak można najprościej opisać ten film. Tak przynajmniej ja go opisywałem zanim go obejrzałem. Co może byc pasjonujące w kolejnym filmie, w którym jest tragedia a na końcu wszystko się układa, przynajmniej w holiłudzie. Dobra, myliłem się, ale przyznam, że jedyne co mnie ciagnęło do tego filmu to pewien, czyli Ewan McGregor, którego bardzo lubię. I tutaj nie chodzi, że zagrał młodego Obi-Wana Kenobiego w Epizodach I-III Gwiezdnych wojen, o nie. Po prostu bardzo go lubię.

Niemożliwe opowiada historię pięcioosobowej rodziny, która postanowiła spędzić święta Bożego Narodzenia w Tajlandii. Nie wiedząc o tym, że święta 2004 zapamiętają do końca życia. Nie myśleli, o tym że wielka fala tsunami w jednej chwili sprawi, że każda kolejna sekunda ich życia będzie na wagę złota. Sam schemat historii jest prosty: szczęśliwa rodzina leci samolotem do Tajlandii, trójka dzieciaków Lucas, Thomas i Simon oraz rodzice. Na miejscu cieszą się „wakacjami” w pięknej Tajlandii, potem prezenty…i wielka fala.

Monotematyczność moich półek

Wstaję sobie rano, otwieram oczy i widzę to. Moje meble, fajne, czarne, ale już mają swój wiek. Nie żebym narzekał na nie, bo bardzo je lubię, tylko jakby się im bliżej przyjrzeć to zauważa się, że jest tam dziwny porządek. Monotematyczny porządek. Patrzysz na półke a tam książki z logiem Star Wars, albo jeszcze gorzej, z logiem Gwiezdne Wojny (w tym sensie jeszcze gorzej, że to okropnie wygląda na tych grzbietach książek).

Dobra, nie mam samych książek z SW w tytule na półkach.. Mam jeszcze komiksy. I to jakie chcesz: w twardej okładce, w miękkiej, po polsku, amerykańsku i w ogóle w foliach ochronnych czy bez. Do tego jakieś albumy, przewodniki.. Ech.

Są też filmy i to w wersji na kasetach vhs jak i na DVD. Fakt faktem, że jeszcze z rok temu śmigałem filmy SW na video bo miałem magnetowid, znaczy teraz też mam, ale w piwnicy leży w jakimś kartonie. Do tego jeszcze dochodzi to co mam schowane w meblach, bo to co widzicie na zdjęciach poniżej to chyba reprezentacyjna część tego wszystkiego co mam.

Ale, żeby nie było zbyt dziwnie (czy też słodko), mam też inne filmy, komiksy czy też książki na półkach. Wszystko to zajmuje aż.. Jedną półkę a są to: 6xWielka Kolekcja Komiksów Marvela ( o czy pisałem tutaj), 3xkomiksy Silver Surfer, Hobbit komiks i książka, komplet Harry’ego Pottera, Gra o Tron + Starcie królów, dwie części Diuny oraz książkowy Thorgal + pierwszy komiks o jego przygodach, czyli Zdradzona czarodziejka.

Żeby też nie było, że to wszystko to naprawdę zbieracze kurzu, ja to czytam, raz więcej raz mniej, ale czytam. Bo po to to wszystko zbieram aby czytać i poznawać nowe historie, a lepsza książka czy komiks przeczytany niż najlepsze streszczenie.

Wielka Kolekcja Komiksów Marvela

Od jakiegoś czasu firma Hachette wydaję kolekcję „najlepszych” komiksów Marvela, które można znaleźć w kioskach i salonach prasowych. Cała kolekcja ma się składać z 60 numerów, które mają się ukazywać co dwa tygodnie. W każdym numerze..hmm.. powinienem użyć tutaj słowo „album”, bo każda historia wydana jest na kredowym papierze w twardej okładce.

Okładka LIVING THINGS

Living Things

Gdybym moje życie miałoby soundtrack to byłaby nim płyta „A Thousand Suns” Linkin Park. ATS, czyli historia o człowieku, ludzkich lękach, wszelkich przywarach i o niszczycielskim człowieczeństwie samym w sobie. Wszystko to zanurzone w elektronice i okraszone dojrzałymi tekstami. Zresztą ten muzyczny lęk opisałem już w tym miejscu. Dlatego w tym miejscu zadaje sobie pytanie: czy płyta, która stała się moim numerem jeden nie tylko jeśli chodzi o twórczość LP, ale jako numer jeden wśród wszystkich płyt, które słuchałem w życiu, może czuć się zagrożona? Odpowiem krótko: nie wiem. Wiem jedno „Living Things” jest tworem, który w umiejętny sposób łączy dotychczasowe dokonania zespołu starając się przy tym wyciągnąć to co najlepsze, a zarazem wprowadzić coś nowego, jakiś pewien powiem świeżości. Jednak czy przy majestatycznym blasku tysiąca słońc ogień żyjących istnień jest na tyle mocny by przetrwał?