16. kwietnia wszystko poszło z dymem! Najnowszy singiel Linkin Park „Burn It Down” ujrzał światło dzienne. Utwór ten promuje piaty już album studyjny zatytułowany „Living Things„. Jako, że lubię bardzo ten zespół to wypadałoby mi napisać kilka słów o tym utworze. A napisać warto bo kilka ciekawych rzeczy mi się nasuwa po przesłuchaniu tego utworu już ponad 100 razy (!)

Przede wszystkim trzeba otwarcie przyznać, że styl, z którym większość z nas kojarzy ten zespół czyli płyty „Hybrid Theory” i „Meteora” już nigdy nie wrócą. Taka prawda i wielu „fanom” trudno jest się pogodzić z takim obrotem sprawy. Mi to nie przeszkadza, lubię zmiany w muzyce. owszem trzeba zawsze znać jakieś granice, ale z drugiej strony, który artysta lubi być ograniczony przez hermetyczne opakowanie zwane „ich stylem muzycznym”, często określonym głównie przez ich „największych fanów”. Ile też można trwać w młodzieńczym buncie, gdy na karku już swoje lata a chłopakom z LP bliżej do 40 niż dalej.. Trzeba ryzykować, iść dalej a nie tłuc non stop to samo, jednak żeby nie było też czasami tęsknię za starym brzmieniem, ale wtedy sobie puszczam ich starsze utwory.

Burn It Down” to powrót do korzeni, nie do korzeni ich brzmienia a do korzeni ich procesu twórczego. Szóstka chłopaków o kompletnie różnych gustach muzycznych łączy to wszystko tworząc własną muzykę. W tym utworze mamy stary dobry wokal Chestera (choć mordy to on raczej nie drze), rap Mike’a, elektronikę Mr. Hahna.. wszystkie pierwiastki ich twórczości są. Prawie wszystkie. Piszę prawie bo trochę ludziom może brakować instrumentów, szczególnie gitar. Gitary są, ale przesunęły się na dalszy plan. Tak, są gitary. W porównaniu do ATS to tutaj mamy istnie gitarowy utwór, choć nie sama gitara a wraz z efektem, który trochę powoduje, że jej brzmienie trochę zlewa się z elektronicznym podkładem. Przez komputerowe głośniki za bardzo nie wyłapałem gitary na początku, ale na słuchawkach już wszystko doskonale można było wyłapać.

Najnowszy singiel promuje album „living Things„, do którego okładkę możecie podziwiać poniżej:

Singiel sam w sobie ma moc, ale nie ma tego co cechowało poprzednie ich pierwsze single z płyt (One Step Closer, Somewhere I Belong, What I’ve Done czy The Catalyst). Brakuje, tylko nie potrafię napisać czego. Nie, żeby mi się utwór nie podobał bo podoba mi się bardzo. No właśnie.. Zwrotki spokojne, chwytliwy refren pełny mocy, wstawki z rapem Mike’a w starym dobrym stylu (a nie tym co w Fort Minor czy na płytach MTM czy ATS), elektronika, gitary z przesterem (ale jednak są!).. Jestem dobrej myśli jeśli chodzi o nową płytę, tylko obawiam się, że może to być dobra płyta, po prostu dobra płyta do odsłuchania a nie do „przeżycia” jak chociażby A Thousand Suns. Na dzień dzisiejszy zostaje mi cieszyć się BID i czekać na koncert i nową płytę, którą kupię, a co! Poniżej najnowszy singiel, słuchajcie na słuchawkach albo na bardzo dobrym sprzęcie! :D

Marcin Góra

View all posts