Nostalgiczny maraton Star Wars – Powrót Jedi

Jest wiele filmowych powrotów. Batman powracał u Tima Burtona, król powracał we Władcy Pierścieni, nawet na Planetę Małp powracaliśmy, ale jest tylko jeden słuszny powrót w kinematografii, powrót, który kiedyś był zemstą – Powrót Jedi. Jest to także ostatnia część, którą sobie przypominam w ramach nostalgicznego maratonu. Szybko zleciało, ale też wiele się nauczyłem o tych filmach, poznałem je na nowo a przede wszystkim bardzo dobrze się bawiłem.

Był taki moment, że odstawiłem te filmy na bok. Po prostu nie miałem ochoty ich oglądać, czułem się po prostu znudzony nimi. Teraz już wiem, po tym pół roku, że trzeba przede wszystkim zmienić podejście oraz sposób oglądania. Bo jeśli chwytasz DVD i wkładasz do odtwarzacza, rozkładasz się przed telewizorem na dwie godziny i oglądasz to tak naprawdę przegrywasz.

Please don't stop the party!
Please don’t stop the party!

Dziś już wiem, że te filmy trzeba oglądać z potrzeby a nie z obowiązku. I nie trzeba zastanawiać się nad absurdami fabuły czy plastikowymi efektami Nowej Trylogii czy śmiać się przez łzy z żartów Jar-Jara. Gwiezdne Wojny trzeba oglądać przez pryzmat wspomnień z dzieciństwa. Trzeba wywołać w sobie stan ekscytacji, który towarzyszył nam, gdy byliśmy mali i dopiero co poznawaliśmy różne dzieła popkultury: książki, komiksy, filmy. I wybaczcie mi ten trochę przydługi początek, ale gdzie mam o tym nie wspomnieć jak nie w tym miejscu?

Powrót Jedi, pomijając najnowszy film, to finałowy rozdział w historii Galaktyki. To tutaj wszystkie wątki rozpoczęte w Nowej nadziei czy też Imperium kontratakuje muszą zostać zakończone i wyjaśnione. Już sam fakt, że przez lata ten film reklamowany był hasłem „zakończenia epickiej Sagi” daje dużo do myślenia o czym będzie ten film. I żeby dłużej nie trzymać Was w niepewności – tak właśnie jest! Z resztą, kto z Was nie widział Gwiezdnych Wojen, just sayin’

Witam, czy chcecie porozmawiać o Jezusie?
Witam, czy chcecie porozmawiać o Jezusie?

Powrót Jedi to film, który rozpoczyna się od tego, że zostajemy uraczeni faktem, że Imperium buduje kolejną Gwiazdę Śmierci, tym razem potężniejszą od poprzedniej a na dodatek ostatni etap budowy będzie nadzorował sam Imperator Palpatine, który pomijając Nową Trylogię, pojawiał się na ekranie praktycznie wcale. W Nowej nadziei był tylko wspominany a w Imperium widzieliśmy go w postaci hologramu. Z drugiej strony Luke i spółka muszą uwolnić Hana z rąk gangstera Jabby, co jakby się mogło wydawać wcale nie będzie takim łatwym przedsięwzięciem.

Każdy z naszych bohaterów dostaje się do Pałacu Hutta w inny sposób. Roboty jako „prezent” dla gangstera, Leia pod przykrywką łowcy nagród sprowadza również Chewbacce, Lando kryje się wśród straży a Luke trafia do pałacu pod sam koniec przedstawiając się jako.. Jedi. Oczywiście znając szczęście naszych bohaterów nic nigdy nie idzie po ich myśli, mało tego wszyscy mają skończyć jako główne danie Sarlacca, o zgrozo! I tutaj zaczyna się prawdziwa przygoda a zarazem największa wada i zaleta tego filmu jednocześnie. To co było piękne w Nowej nadziei, czyli beztroskie budowanie historii czy w tajemnica i trochę poważniejszy ton Imperium kontratakuje sprawiało, że te dwa filmy mogły się beztrosko bawić tym, że są po prostu filmami z serii. Powrót Jedi za wszelką cenę chce w epicki sposób zamknąć wszystkie napoczęte wątki, niekoniecznie w dobry sposób.

Troskliwe misie tra la la... ech nie
Troskliwe misie tra la la… ech nie

Za dużo w tym filmie jest momentów, które są aż za bardzo oczywiste. A no wiecie trzeba Hana uwolnić, Luke musi wrócić na Dagobah bo obiecał dokończyć trening, trzeba rozwalić kolejną Gwiazdę Śmierci, Imperator w końcu pojawi się osobiście, Rebelia w końcu wygra.. wszystko jest tak bardzo oczywiste, ale za razem tak bardzo ekscytujące, że za każdym razem jak oglądam tę część mówię sobie, że to po prostu słabe to co dzieje się na ekranie, ale prędzej czy później przepadam na dobre i zaczynam kibicować bohaterom, choć od prawie 20 lat wiem jak to wszystko się skończy i niekoniecznie podoba mi się to rozwiązanie. Bo do czego tutaj można się tak naprawdę przyczepić?

Do pierwszego aktu filmu rozgrywającego się na Tatooine? Do przestoju w środku filmu, gdzie każdy nie wie co robić albo ciągle ktoś szykuje się na jakąś misję, czy do miskowatych Ewoków, które w gruncie rzeczy tak naprawdę pokonały bezwzględne Imperium? Swoją drogą wiecie, że pierwotnie akcja Epizodu VI zamiast na lesistym księżycu Endora miała się rozgrywać na Kashyyyku, czyli planecie kolegów i koleżanek Chewbaccy? Można wymieniać dalej błędy logiczne w tym filmie, dziury fabularne czy licytować się z innymi czy jest to dobre zwieńczenie Oryginalnej Trylogii, no ale patrząc cały czas przez pryzmat czasu to ten film chyba właśnie przez tą swoją lekko zabawową formę (co jest sporą różnicą po poważnym i momentami ponurym Imperium) jest to dobry film. Bo przecież zaczynamy i kończymy w ten sam sposób – czyli dostarczając ogromną porcję zabawy.

Taka tam fotka z ojcem ~Luke Skywalker
Taka tam fotka z ojcem ~Luke Skywalker

A, że Powrót Jedi to udane zwieńczenie Oryginalnej Trylogii to nie trzeba mówić, mimo faktu, że coś mi w tym filmie cały czas nie pasuje, to wciąż bardzo dobrze się przy nim bawię za każdym razem. A w związku z Przebudzeniem Mocy i kolejnymi Epizodami można na tą część spojrzeć jeszcze z innej strony, co możliwe, że sprawi, że odkryjemy w tym filmie jeszcze więcej magii niż kiedyś?