Star Wars: The Force Awakens..X-Wing Starfighters..Ph: Film Frame..?Lucasfilm 2015

Jak świat długi i szeroki Gwiezdne Wojny w mniejszym lub większym stopniu elektryzują ludzi w każdym wieku. Nic więc dziwnego, że wieść o tym, że powstanie kolejny film z serii wywołała ogólne poruszenie. Pomijam już fakt o tym, że po drodze usunęli „tak bardzo idealny” kanon, o czym pisałem już na swoim blogu, to nowy film stał się swego rodzaju wydarzeniem na miarę imprez z sportowych z Mundialem czy Olimpiadą na czele. I nie żartuje tutaj ani trochę, z resztą zobaczcie na swoje tablice na Facebooku, nawet jeśli nie macie znajomych, którzy są fanami to i tak podczas codziennego przewijania zauważycie jakieś informacje, o tym, że półki w sklepach się uginają pod ciężarem gadżetów to już nie wspomnę dla przyzwoitości.

J.J. Abrams i Lawrence Kasdan
J.J. Abrams i Lawrence Kasdan

No i w końcu po 30 latach do kin wróciły Gwiezdne Wojny, choć ja musiałem czekać na kolejny film z serii tyko 10 lat, ale ja jestem z tych, którzy lubią Nową Trylogię, może dlatego tak krótko musiałem czekać na te „prawdziwe” Gwiezdne Wojny. Wiecie, zawsze lepsze to niż 30, prawda? Ale teraz trochę może się i nabijam, ale chodzi mi o to aby zauważyć jak bardzo oczekiwanym wydarzeniem był powrót Gwiezdnej Sagi do kin. Dodajmy do tego powrót oryginalnej obsady m.in. Marka Hamilla, Carrie Fisher, Harrisona Forda czy Anthony’ego Danielsa w swojej życiowej roli złotego drąga, czyli C-3PO. Nic więc dziwnego, że na świecie wybuchło szaleństwo, które było uśpione naprawdę długi czas. Ktoś może wyjść z takim nastawieniem, że ten film jest niepotrzebny, że SW miało sobie bardzo dobrze, bo przecież były książki, komiksy, gry.. i tak by było pewnie jeszcze przez wiele lat a samo uniwersum prędzej czy później zjadłoby swój ogon, ale wtedy przyszedł Disney i na swój sposób uratował tę markę przez zdziwaczeniem. Bo prawda jest taka, że książki książkami, ale to Gwiezdne Wojny to zawsze były przede wszystkim filmy i to one nakręcały zainteresowanie.

Może się komuś narażę, ale cieszę się, że Disney wykupił Lucasfilm i że będą nowe filmy – zarówno kolejne Epizody jak i filmy solowe, które będą porozmieszczane w chronologii. No i tutaj w końcu dochodzimy do naszego dania głównego, czyli do Przebudzenia Mocy – mało tego, czekałem specjalnie jakiś czas aby napisać na spokojnie o tym filmie, a że widziałem ten film już kilka(naście) razy to mogę na spokojnie opisać swoje wrażenia dotyczące tego filmu.

Jak na apelu w gimnazjum..
Jak na apelu w gimnazjum..

Jedną z rzeczy, które mi się nie podobają w tym filmie to brak charakterystycznych fanfar 20th Century Fox, które od pierwszych taktów nakręcały klimat i od razu było wiadomo, że oglądamy kolejny Epizod, niestety tutaj mamy szare (srebrne?) logo Lucasfilm, Dawno, dawno temu.. i charakterystyczne logo Star Wars przesuwające się w oddali. Wiecie, po którymś seansie już nawet nie zwracałem na to uwagi, ale gdzieś tam w głowie zawsze będę o tym pamiętał. Pomijając ten mały(duży – niepotrzebne skreślić) mankament powiem szczerze, że film jako kolejna część Sagi jest po prostu świetny, niekoniecznie mogę tak powiedzieć jeśli ktoś mnie zapyta jaki to film w kategorii ogólnej. W moim odczuciu we współczesnej kinematografii dostajemy stare i sprawdzone schematy, które są tylko w małym stopniu „upiększane” przez twórców jakimiś nowościami.

Mało kto dziś ryzykuje, bo po prostu twórcy wolą stąpać po twardym i pewnym gruncie niż po cienkim lodzie. Nic więc dziwnego, że J.J. Abrams zdecydował się na taki a nie inny zabieg, jeśli chodzi o fabułę Epizodu VII. I powiem szczerze nie mam z tym problemu, że jest to film, którego główna oś fabularna jest w większości udoskonalonym schematem jaki zaserwował nam George Lucas w 1977 roku w Nowej nadziei a dodatkowo mamy kilka motywów z pozostałych części Oryginalnej Trylogii. Z tym, że te są poddane małemu liftingowi. I ktoś zapyta czy to dobrze lub czy to źle – ja odpowiem, że dopóki się dobrze bawię dopóki mi to nie przeszkadza. Bo jak już kopiować to dobrze, choć kopiowanie to wciąż powielanie pomysłów innych.

"Shine bright like a diamond.."
„Shine bright like a diamond..”

Wspominając wcześniej o tym jak wygląda dzisiaj współczesne kino oparte na sprawdzonych schematach nie miałem na myśli nic złego, bo pamiętajmy, że dopóki coś nam sprawia przyjemność lub po prostu się sprzedaje to nikt nie będzie narzekać. Na pewno nikt nie będzie chciał na siłę wymyślić coś nowego i oryginalnego – zero ryzyka. Jasne, zawsze się znajdzie jakiś ambitniejszy twórca, który zaryzykuje i odniesie sukces, ale warto zwrócić uwagę, że od kilku lat w kinach królują superbohaterowie. Na palcach jednej ręki mogę policzyć oryginalne pomysły, które otrzymaliśmy wraz z rozwojem komiksowego uniwersum kinowego zarówno od Marvela jak i od DC – serio, po co narzekać skoro można dobrze się bawić przy sprawdzonej formule, która co jakiś czas jest tylko lekko urozmaicana? Dlatego nie rozumiem narzekań ludzi, którzy określają ten film nazywając go „remakiem Nowej nadziei”.

They see me rollin, they hatin..
They see me rollin, they hatin..

Wróćmy jednak do Przebudzenia Mocy, którego akcja rozgrywa się 30 lat po wydarzeniach, które widzieliśmy w Powrocie Jedi. Niestety, pomimo faktu, że Imperium zostało pokonane w galaktyce nie dzieje się za dobrze. Pomimo faktu, że mamy utworzoną (Nową) Republikę po drugiej stronie barykady mamy Najwyższy Porządek, coś co wyrosło na zgliszczach Imperium jednak wygląda na bardziej bezwzględne i mające większe zapędy faszystowskie. Jakby Imperium nigdy nie miało takich zapędów, ale przy Porządku, który jest chyba bandą jakiś fanatyków, jest niczym. Jakby tego było mało mamy także trzecia stronę konfliktu, potajemnie finansowaną przez rząd Republiki, czyli Ruch Oporu na czele, którego stoi księżniczka Leia tytułująca się teraz generałem. Pozmieniało się w tej galaktyce, ale cytując Marka Hamilla:

Wszystko się zmieniło, ale nic się nie zmieniło

Bo czym byłyby Gwiezdne Wojny, gdyby właśnie nie tytułowe wojny? Star Trekiem buhahahahahaha. #nieśmiesznyżart

FN-2187 i Poe Dameron, czyli prawdziwy bromance
FN-2187 i Poe Dameron, czyli prawdziwy bromance

Gdy już na szybko mamy nakreśloną na szybko sytuację w galaktyce pora na przedstawienie naszych bohaterów. Jak już wspomniałem wcześniej mamy tutaj powrót aktorów z Oryginalnej Trylogii, ale także mamy nowe twarze, które w mniejszym lub większym stopniu będą ciągnęły ten wózek, który możemy nazwać Trylogią Sequeli lub jak kto woli Trylogią Disneya (dopóki nie zapowiedzą części X, XI, XII..). Nowa Wielka Trójka to John Boyega, Daisy Ridley oraz Oscar Isaaca tym złym jest Adam Driver, którego wspierają między innymi Gwendoline Christie oraz Domhnall Gleeson. John Boyega wciela się w postać szturmowca Finna, który podczas swojej pierwszej misji w terenie postanawia odejść od Porządku i zostać „tym dobrym”, bo tak podpowiada mu sumienie. Przy okazji pomaga wydostać się z niewoli najlepszemu pilotowi Ruchu Oporu, którym jest Poe Dameron (Oscar Isaac). I tutaj jest coś niesamowitego, bo choć ta dwójka razem na ekranie spędza ze sobą naprawdę mało czasu to, gdy już razem się pojawiają to po prostu od początku czuć prawdziwą męską przyjaźń. Do tego John Boyega w roli Finna jest rewelacyjny i niezwykle zabawny, wbrew temu co pokazały nam zapowiedzi, na których zawsze widzieliśmy go zmęczonego, przestraszonego lub smutnego – w filmie jest jedną z najzabawniejszych postaci. Szkoda tylko, że jest tak mało Poe w tym filmie, ale liczę na to, że w kolejnych częściach zagości na ekranie dłużej niż z 4-5 scenach.

Jednak tych dwóch panów zjada Daisy Ridley wcielająca się w rolę zbieraczki złomu Rey, która została pozostawiona przez rodziców na pustynnej planecie Jakku (uwaga, to nie Tatooine!). To sprawia, że postać grana przez Ridley jest silną osobowością, ponieważ praktycznie całe życie musiała radzić sobie sama na niegościnnej planecie. Rey jest ładna, zwinna, pomysłowa, zabawna no i momentami wręcz niewyobrażalnie zdolna (nawet w posługiwaniu się Mocą) co może sprawiać wrażenie postaci, która została przesadzona jednak tak naprawdę nie wiemy do końca czy nie miała już wcześniej treningu Jedi, czy to, że umie zrobić Jedi Mind Trick nie jest akurat sprawką wcześniejszego szkolenia i temu, że w pewien sposób od nowa odkrywa w sobie Moc. Aha, no i naprawdę nie wiem czyją córką się okażę..

Ale piękna!
Ale piękna!

Największym rozczarowaniem dla mnie są jednak, o dziwo, Ci źli. Kapitan Phasma (Gwendoline Christie) to postać, której w filmie równie dobrze mogłoby nie być, generał Hux (Domhnall Gleeson) jest za bardzo przerysowany, choć to akurat może pasować, jeśli założymy, że Najwyższy Porządek to grupa fanatyków, ale to co zrobiono z Najwyższym Wodzem Snoke’m aż woła o pomstę do nieba. Od wyglądu aż po jego działania i motyw jestem na nie. Trzy razy na nie – serio to chyba najgłupsza postać jaka jest w tym filmie, może i zyska z kolejnymi filmami. Na chwilę obecną ta postać mnie nie zachwyca.

Za to Kylo Ren grany przez Adama Drivera jest chyba jednym z najlepszych szwarcharakterów jakich kiedykolwiek miałem okazję oglądać. Mało tego, postać ta, jak na Gwiezdne Wojny, jest unikatowa sama w sobie. Od początku jest to postać, która wydaje się bez względna,jednak w momencie, gdy ściąga maskę dowiadujemy się, że pod nią ukryty jest młody człowiek zagubiony pomiędzy mrokiem a światłem, stojący w rozkroku między tym co powinien zrobić a tym co sam chciałby zrobić. Wszyscy spodziewali się, że dostaniemy kopię Darth Vadera a tu dostaliśmy postać, którą możemy sami zinterpretować i to od nas zależy czy ocenimy ją tak a nie inaczej. Ja Kylo Rena uwielbiam i przyznaję się, że gdy zobaczyłem Drivera po raz pierwszy podczas ogłaszania obsady po prostu się zaśmiałem tak głośno, że zbudziłem wszystkich w domu. Po seansie uderzyłem się kilkukrotnie w pierś – tak bardzo wiem teraz, że się myliłem. Mówcie co chcecie, ale Adam Driver udźwignął jedną z trudniejszych ról w całej Sadze a scena ze swoim ojcem jest chyba moją ulubioną w całym filmie.

Moja nowa ulubiona postać z Gwiezdnych Wojen - doceńcie go!
Moja nowa ulubiona postać z Gwiezdnych Wojen – doceńcie go!

Co do starej gwardii to każdy z bohaterów z tzw. „Wielkiej Trójki” pojawia się na ekranie w charakterystyczny dla siebie sposób. Harrison Ford, pomimo swojego wieku, udowodnił, że to właśnie ON jest prawdziwym Hanem Solo i nim pozostanie, a że Solo znów ma przechlapane u kosmicznych gangsterów to nie powinno dziwić. Na szczęście ma u swojego boku wiernego druha Chewbacce (w tej roli powrócił Peter Mayhew, ale tylko częściowo, przy scenach bardziej „ruchliwych” zastąpił go dubler – Pan Mayhew od lat ma problemy ze stawami, co nie powinno dziwić przy jego wzroście). Na swoje nieszczęście nie ma przy sobie Sokoła, ale prędzej czy później Solo odzyska swój statek. Pomimo faktu, że Ford niesamowicie wciela się w postać kosmicznego awanturnika, w niektórych scenach można zauważyć, że jednak coś w środku w nim siedzi – i to też jest sztuka zagrać postać w taki sposób aby na wierzchu pokazać inną osobą a także zagrać tak aby widz wiedział, że coś w środku tego bohatera jest nie tak. Carrie Fisher pojawia się pod koniec filmu i gra poprawnie, to wciąż ta sama księżniczka, tylko, że starsza i bardziej doświadczona przez życie. Za to Mark Hamill jako Luke Skywalker.. Powiem krótko – OSKAROWA ROLA.

Ta scena wyraża więcej emocji niż tysiąc słów..
Ta scena wyraża więcej emocji niż tysiąc słów..

Przebudzenie Mocy to film, który prawdopodobnie rozniesie światowy box office w tym roku. Kto wie, może i rozwali go na kilka(naście) kolejnych lat. Nic w tym dziwnego, bo jest to film przyjemny w odbiorze oparty na sprawdzonej formule, która jest tylko w minimalnym stopniu ulepszoną względem oryginału. Do tego na ekranie widzimy bohaterów, którzy wracają do swoich ról po ponad 30 latach od dnia premiery Nowej Nadziei a co za tym idzie, w oczach niejednego fana prawdopodobnie pojawia się łzy, chociażby w kultowej już scenie „Chewie, we’re home„. I nie ma w tym nic złego, w końcu sukces tego filmu w dużej części opiera się właśnie na nostalgii, która patrząc chociażby po sukcesie Jurassic World, potrafi zdziałać naprawdę olbrzymie cuda. Ale czy mając kolejną część kultowej serii, w której wracają bohaterowie naszego dzieciństwa a wszystko, dzięki wykorzystaniu praktycznych efektów specjalnych, wygląda tak bardzo realistycznie i namacalnie a z głośników lecą znane i lubiane motywy autorstwa Johna Williamsa – to czy ktoś tutaj może mówić o czymś innym jak o efekcie małego dziecka? Tak działa nostalgia, że pomimo wielu wad czy wtórności, przymykamy na to wszystko oko, i po prostu cieszymy się seansem.

werehome

Bo Przebudzenie Mocy to naprawdę dobry film, który sprawia olbrzymią satysfakcję. Szkoda tylko, że maestro Williams nie jest już w formie, ale nie można mieć wszystkiego, prawda?

Mimo to, moi drodzy, jesteśmy w domu.