Długo trzeba było czekać na kolejny odcinek z przygodami najsłynniejszego detektywa na świecie. Duży w tym udział miał fakt, że odtwórcy głównych ról, czyli Benedict Cumberbatch oraz Martin Freeman, zaczęli być częściej rozchwytywani w Hollywood. Sympatyków tej dwójki zapewne ucieszy ten fakt, jednak fani serialu zapewne niejeden raz przeklinali los za taki obrót spraw. Z resztą, pomimo mojej olbrzymiej sympatii do tego serialu czekać kolejny rok na następny sezon nie za bardzo mi się uśmiecha. Na szczęście na osłodę twórcy przygotowali specjalny odcinek, w którym wraz z naszymi bohaterami przenosimy się do roku.. 1895.

Witamy w 1895 roku!
Witamy w 1895 roku!

Wiktoriański Londyn nie powinien być zaskoczeniem dla fanów książkowych przygód, co innego jeśli zauważymy, że akcja serialu dzieje się w czasach współczesnych i wiele historii jest dostosowana do dzisiejszych realiów. Sherlock korzysta z komputera, z Internetu, z telefonu komórkowego czy plastrów z nikotyną. W odcinku specjalnym za to zobaczymy gazowe latarnie na ulicach, dorożki a informacje są przekazywane za pomocą posłańców i telegrafów. Wszystko to jest jednak tak wiarygodnie przedstawione, że już po kilku minutach widz nie powinien mieć problemu z przyzwyczajeniem się do „nowej rzeczywistości”. Bo pomimo zmiany scenerii i czasu, w którym rozgrywa się akcja Sherlock i Watson to postacie żywcem wzięte z „oryginalnej” serii. Pominę tutaj jakieś drobne niuanse w wyglądzie naszych bohaterów, bo te są bardziej zbliżone do tego co znany z książek jak wąsik Watsona czy słynny kapelusz i fajka Sherlocka. Wszystko to by ze sobą tak dobrze nie współgrało, gdyby nie aktorzy, którzy po raz kolejny wcielili się w swoje rolę. Najwidoczniej nie przeszkadza im nowa sceneria – zarówno Cumberbatch jak i Freeman są tacy jakich pamiętamy z poprzednich odcinków. I to dla mnie jest olbrzymi plus, bo po prostu uwielbiam te interpretacje tych bohaterów. Co nie zmienia faktu, że pozostali są napisani w trochę inny sposób, jednak to wciąż postacie z krwi i kości, zero udawania czy sztuczności (szczególnie Mycroft jest cudownie przerysowany, a zarazem wciąż tak bardzo prawdziwy i wiarygodny).

Jeśli chodzi o fabułę to mamy tutaj historię, w której Moriarty już dawno jest martwy, John mieszka wraz z żoną, choć wciąż współpracuje z sukcesami z Sherlockiem, a zamiast bloga piszę opowiadania, w których opisuje kolejne przygody przeżyte wraz z humorzastym detektywem. Wszystko się komplikuje, gdy w Londynie pojawia się tajemnicza panna młoda, która pomimo faktu, że sama się zastrzeliła wciąż pojawia się jako żywa w różnych częściach miasta. Nic więc dziwnego, że Sherlock postanawia rozwiązać kolejną zagadkę. Gra się zaczyna.

Czy to lepsze niż plastry z nikotyną?
Czy to lepsze niż plastry z nikotyną?

Niestety aby dalej nie zaspoilerować nic nikomu, nie mogę nic więcej napisać o fabule. Każde kolejne słowo będzie praktycznie zdradzeniem kolejnych etapów w opowiadanej historii. A ta jest świetna, pełna smaczków i nawiązań do wcześniejszych odcinków. Również tutaj mamy zagmatwane śledztwo, które im dalej, tym robi się bardziej zawiłe o „pałacu umysłu” już nie wspomnę, bo to już praktycznie stało się znakiem firmowym całej serii. Trochę jednak ubolewam, że ten odcinek jest mało interaktywny. We wcześniejszych historiach, wiele myśli czy informacji pojawiało się na ekranie w momentach dedukcji – tutaj niestety jest tego mało, żeby nie powiedzieć, że wcale. Na plus warto na pewno zaliczyć żarty, w których autorzy śmieją się sami z siebie (szczególnie warto zwrócić uwagę na scenę, w której Watson mówi, że chętnie zapali świeczkę, aby nie siedzieć ciemno, przecież MAJĄ XIX WIEK :D ).

To co może się nie spodobać to, jak na ironię, to co może dla innych się okazać strzałem w dziesiątkę. Po raz kolejny fabuła jest zagmatwana do tego stopnia, że momentami można mieć wrażenie, że autorzy do ostatnich minut nie wiedzieli jak daną sprawę rozwiązać. Znajdą się także tacy ludzie, którzy stwierdzą, że po raz kolejny dostajemy to samo z wykorzystywaniem pałacu umysłu aż do przesady. I nie będę nikogo winił, za to, że tak będą odbierać ten odcinek bo jakby na to nie patrzeć – tak właśnie jest. Ale dopóki sprawdzone schematy działają to po co cokolwiek zmieniać?

Ten to ma przesrane z Sherlockiem..
Ten to ma przesrane z Sherlockiem..

Innowacją samą w sobie jest przeniesienie akcji w czasy wiktoriańskie, co i tak w hermetycznej formule serialu jest czymś naprawdę sporym. No i pomimo tego faktu, że momentami czuć wtórność to wizualnie odcinek naprawdę się broni i momentami aż miło jest zobaczyć scenografię czy kostiumy. I za to ogromny plus dla twórców. Ale wiadomo, nie można zjeść ciastko i mieć ciastko.

Jeśli jesteście fanami Sherlocka to na pewno nie zawiedziecie się oglądając ten odcinek. Przeniesienie historii aż do roku 1895 ma swoje pełne uzasadnienie i otwiera przed twórcami pewną furtkę, jeśli chodzi o kolejne świąteczne odcinki, czy też kolejne serię z przygodami najlepszego detektywa. Niestety według mnie ten serial osiągnął szczyt szczytów przy okazji drugiego sezonu, co tylko utwierdził poprawnym sezonem trzecim. Tak jest i tym razem.

Nasza tytułowa Panna Młoda
Nasza tytułowa Panna Młoda

Upiorna panna młoda to odcinek, który na pewno przyniesie wiele satysfakcji fanom serialu. To zawsze fajne uczucie kolejny raz zanurzyć się w świat Sherlocka Holmesa i rozwiązać kolejną arcytrudną zagadkę przy akompaniamencie słynnego już motywu muzycznego. Jednak czy aby na pewno warto było tyle czekać? Nie wiem i nie chce wiedzieć, liczę tylko na to, że autorzy przygotują prawdziwą bombę wraz z czwartym sezonem, którego premiera już (prawdopodobnie) w styczniu 2017 roku.

Mam tylko nadzieję, że Upiorna panna młoda to tylko rozgrzewka przed tym co dopiero nam zaserwują twórcy tego serialu, bo końcówka tego odcinka pozostawia nas z wieloma pytaniami.

Idę oglądać kolejny raz, bo Sherlock po prostu wciąga.