Obejrzałem pierwszy serial spod znaku Gwiezdnej Wędrówki i powiem, że nie jest źle. Dobrze też nie, ale klasykę znać warto.

Wszyscy znają Gwiezdne Wojny, przynajmniej moim zdaniem. Nie oczekuję, że wszyscy widzieli filmy, ale już sama nazwa obiła się większości ludzi o uszy. Gorzej jest już z odwiecznym „rywalem”, czyli ze Star Trekiem. Dopiero od dwóch filmów J.J. Abramsa, który odświeżył filmowe uniwersum Gwiezdnej Wędrówki, wielu ludzi zdało sobie sprawę, że coś takiego w ogóle istnieje. Dobra, trochę teraz tutaj oszukuje, bo Star Trek jest starszy od Star Wars, ale też jest bardziej rozbudowane niż sześć filmów kinowych z Odległej Galaktyki. Mamy kilkanaście filmów, pięć seriali telewizyjnych oraz jeden animowany. Był nawet taki czas, że w telewizji leciały równolegle dwa seriale z uniwersum Star Treka. Ale jeśli już ktoś byłby ciekawy jak ugryźć ten filmowy świat powinien zacząć, moim zdaniem, albo od filmów J.J. Abramsa odrzucając wszystko, albo od pierwszego serialu, który dał wszystkiemu początek.

Tak, to Azjata Muszkieter..
Tak, to Azjata Muszkieter..

Nie oszukujmy się – nie jestem, nigdy nie byłem i nawet nie zamierzam być ekspertem od Star Treka. Po prostu jakiś czas temu postanowiłem zobaczyć wszystkie filmy i wszystkie odcinki seriali i opisać je nie od strony znawcy, rozkładając je na czynniki pierwsze, ale od strony osoby, która jest zafascynowana tym światem, a szczególnie ogólnie pojęta fantastyką. A jeśli chodzi o filmy czy seriale, których akcja rozgrywa się w kosmosie czy w jakimś odległej galaktyce to pod tym względem ciężko mi coś znaleźć do czego naprawdę będę wracać. Z resztą dlaczego by nie spróbować obejrzeć wszystkiego, nic nie stracę moim zdaniem, możliwe, że nawet coś zyskam, a możliwe że jednak nie, ale to nie jest tutaj najważniejsze. Najbardziej istotne w tym wszystkim jest fakt, że po obejrzeniu Star Trek: The Original Series, pomimo już kilkudziesięciu lat na karku, wciąż jest serialem, który warto poznać. Może nie od razu wszystkie odcinki, ale kilka można obejrzeć na spróbowanie.

O oglądaniu serialu

Star Trek: The Original Series, czy jak kto woli po prostu Star Trek to serial, który swoją premierę miał w 1966 roku, czyli aż 11 lat przed kinową premierą pierwszego filmu z Gwiezdnych Wojen. Był to serial, który od samego początku musiał borykać się z wszelakimi problemami. Przede wszystkim jego forma – serial, który opowiada o dalekiej przyszłości, w którym ludzie żyją w utopijnym świecie, gdzie zamiast toczyć wojny po prostu eksplorują galaktykę w poszukiwaniu światów, które nie zostały jeszcze opisane przez innych. Dodajmy do tego jeszcze „kolorową” załogę, która jak na tamte czasy musiała wywoływać spore zamieszanie i wzbudzać niemałe emocje. Co tu się dziwić, nawet dzisiaj zmiana koloru skóry głównego bohatera z białej na inny (najczęściej na ciemniejszy) sprawia, że w samym internecie, za każdym razem, wybucha mała wojna, a każda decyzja o obsadzeniu w „białej roli” czarnoskórego aktora rozpoczyna prawdziwą apokalipsę. Dobra, to teraz pomyślcie o tym jak ludzie musieli reagować w latach sześćdziesiątych na załogę, w skład której wchodził Azjata, Afroamerykanka, Rosjanin, Szkot, Amerykanin i kosmita ze szpiczastymi uszami. Do tego w czasach wszechobecnej pogardy dla kobiet, to właśnie one miały role ważne dla fabuły, łamiące często nawet obyczaje swoimi zachowaniami czy też wyglądem.

"Podobno kręcą o nas serial, Panowie"
„Podobno kręcą o nas serial, Panowie”

Jeśli już jesteśmy przy członkach załogi to warto kilka słów wspomnieć o Wielkiej Trójce serialu, która pojawia się praktycznie we wszystkich odcinkach serialu. Mowa tutaj o pierwszym oficerze Wolkaninie imieniem Spock, o lekarzy pokładowym doktorze McCoy oraz o kapitanie Jamesie T. Kirku. To właśnie oni są głównymi bohaterami całej serii. Pierwszy to głos logicznego myślenia, zawsze kalkuluje szanse, stara się do wszystkiego podchodzić z rozsądkiem i przede wszystkim bez emocji. Kapitan to z kolei przeciwieństwo naszego pierwszego oficera – lowelas, niekiedy arogancki, zawsze działa pod wpływem impulsu, prawdziwy typ awanturnika, typowy kapitan statku, który niczego się nie boi (oczywiście zdarzają się sytuacje, w których Kirk się boi, ale to tak obrazowo przedstawiam głównego bohatera). Na końcu jest za to doktor McCoy, który jest głosem równoważącym zarówno postępowanie Kirka jak i Spocka, często stawiany w trudnych sytuacjach, na które reaguje najczęściej swoim powiedzeniem „Jestem doktorem, nie XYZ”. W miejsce XYZ śmiało można wstawić cokolwiek Jestem doktorem, nie inżynierem, Jestem doktorem, nie koniem, Jestem doktorem, nie Twoją matką. To wszystko sprawia, że często zauważałem, że często bardziej interesowała mnie relacja Kirk-Spock-McCoy niż sama fabuła danego odcinka, ale to tylko na plus.

Jestem doktorem, nie fotografem!
Jestem doktorem, nie fotografem!

O załodze słów kilka

Jeśli chodzi o pozostałych członków załogi to mamy czarnoskórą porucznik Uhurę, pierwszego inżyniera Montgomery’ego „Scotty” Scotta pochodzącego ze Szkocji, azjatyckiego oficera Hikaru Sulu oraz Rosjanina Pavel Chekov, który dołączył do załogi wraz z drugim sezonem oraz siostra pokładowa Christine Chapel. Mamy zatem ośmiu członków głównej załogi w tym aż dwie kobiety, w serialu, który powstał w czasach, gdy kobiet nie traktowano poważnie. Mamy też wśród tych ośmiu członków załogi, mówiąc trochę brzydko, wszystkie kolory tęczy. Co sprawia, że wszelkie polityczne odniesienia twórcy musieli przenieść na inny grunt. Bo jak tu źle przedstawić Rosjan, skoro są od kilkudziesięciu lat członkami Zjednoczonej Federacji Planet? Ano przenieść obraz Rosjan na jakąś obcą rasę, która będzie głównym wrogiem naszych dobrych w serialu. Tymi złymi są Klingoni. I mówię tutaj całkiem poważnie – już sam sposób w jaki mówią przypomina trochę rosyjski akcent.

Załoga myśli, co by tutaj zbroić..
Załoga myśli, co by tutaj zbroić..

O fabule

Jeśli chodzi o fabułę to przez trzy sezony jesteśmy świadkami trwania pięcioletniej misji badawczej, której celem jest odkrycie nowych światów, by dostać się tam, gdzie nie był wcześniej żaden człowiek. Biorąc pod uwagę, że jeden sezon to jeden rok dostaliśmy niestety tylko trzy lata z naszej misji, ale o tym później. O czym tak w ogóle są odcinki? O wszystkim, dosłownie o wszystkim. Prawdziwy koktajl różnych stylów jeśli chodzi o prowadzenie historii, są odcinki poważne, są odcinki komediowe, są odcinki typowo odkrywcze (coś jak Cejrowski tylko, że boso chodząc wśród gwiazd odległych galaktyk). Dużym plusem jest fakt, że każdy odcinek to jedna zamknięta historia, które nawet w kilka nie łączą się w większe opowieści a co za tym idzie oprócz eksploracji kosmosu nie ma tutaj żadnego wspólnego wątku w całym serialu. Z jednej strony to źle, gdyż jestem przyzwyczajony do tego, że przez cały sezon od pierwszego do ostatniego odcinka mamy jakiś jeden wspólny wątek fabularny, który “buduje się” w trakcie trwania danego sezonu a tutaj tego nie mamy. Z drugiej to dobrze, i co jest olbrzymim plusem, nie musimy oglądać wszystkich odcinków aby być rozeznanym w fabule czy też w samym świecie, w którym rozgrywa się akcja. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie aby obejrzeć wszystkie, do czego szczególnie zachęcam aby mieć lepsze rozeznanie w całym serialu. A nie tylko przysłowiowo “liznąć” oryginalnego Star Treka.

Ach Ci (greccy) bogowie
Ach Ci (greccy) bogowie

Cechami wspólnymi odcinków The Original Series są powtarzalne motywy, które wracają co jakiś czas. Wszystko to sprawia, że serial staje się szybko przewidywalny a przez to niestety po prostu nudny. Są odcinki, gdzie trafiamy na planetę aby po prostu coś na niej zbadać. Są odcinki, w których trafiamy na świat zamieszkany przez prymitywne społeczeństwo podobne do jaskiniowców. Są odcinki, które stylizowane są na jakiś element z historii Ziemi, co sprawia, że dostajemy historie, w których na danej planecie żyją… greccy bogowie. Są planety, na których ktoś zostawił jakąś książkę, co sprawia, że społeczeństwo zaczyna traktować ją jak świętą księgę i wszystko wygląda jak w tej powieści. Są też podróże w czasie… I tak w kółko, odcinki oryginalne i wyjątkowe można policzyć na palcach obu dłoni, co na prawie sto odcinków jest liczbą co najmniej smutną. Jednak są także odcinki, które warto, a wręcz należy obejrzeć, ponieważ są wyjątkowe. Do takich należą takie odcinki jak The Cage (pierwszy pilot serialu, w którym występuje Kapitan Pike oraz Spock), Where No Man Has Gone Before (oficjalny pilot serialu z Kapitanem Kirkiem), Space Seed (debiut Khana, największego wroga załogi Enterprise), Errand of Mercy (pierwsze starcie z rasą Klingonów), Trouble with Tribbles (odcinek komediowy z Tribblami). Na całe szczęście odcinki te zostały wydane osobno w wersji poprawionej na płycie blu-ray, przez co nie trzeba skakać między sezonami.

Serial został także wydany na płytach blu-ray, więc wizualnie jest.. dobrze.
Serial został także wydany na płytach blu-ray, więc wizualnie jest.. dobrze.

Muzyka i scenografia: nie stwierdzono

Odnowienie cyfrowo Star Trek: The Original Series sprawiło, że to co wiele lat temu wyglądało przekonująco i nowocześnie, dziś niestety wygląda po prostu sztucznie. Niekiedy nawet i śmiesznie. Trudno się dziwić temu, gdyż serial powstawał w latach 1966-69 a przełom w dziedzinie efektów specjalnych przyszedł dopiero w 1977 roku za sprawą… Gwiezdnych Wojen. Swój niemały udział w tym wszystkim ma także czas, który sprawił, że oglądając kolejne odcinki serialu łapiemy się na tym, że wiele scenografii widzieliśmy już wcześniej, wiele planet wygląda praktycznie tak samo a i jakość wykonania niektórych rekwizytów nie była już podczas kręcenia najlepszej jakości. Dlatego nie zdziwiłbym się jeśli ktoś po kilku odcinkach po prostu przestał go dalej oglądać z powodu swojej “sztuczności” jaką sobą reprezentują wszelkie scenografie widoczne w TOS.

Prawdziwa gangsterka!
Prawdziwa gangsterka!

Niestety równie słabo jest także z muzyką. Ścieżka dźwiękowa jest… no wydaje mi się, że jest, ale oprócz głównego motywu trudno mi jest zanucić jakiś inny utwór z serialu. Dużą winę ponoszą tutaj autorzy, którzy sprawili, że podczas odcinków praktycznie nie uświadczymy żadnej muzyki. Jak już pojawiają się jakieś utwory muzyczne, są to krótkie kilkusekundowe fragmenty, które mają za zadanie wprowadzić widza np. w stan zaniepokojenia czy strachu. Coś jak w horrorach, gdy zbliża się główny “zły i straszny” całej opowieści.

Nie wiem jak to zdjęcie podpisać. To nie fejk.
Nie wiem jak to zdjęcie podpisać. To nie fejk.

Star Trek: The Original Series to serial, z którym powinien zaznajomić się każdy fan fantastyki. Nie mówię tutaj, że jest to najlepszy serial tego typu jaki w życiu widziałem. Według mnie jest to ten rodzaj produkcji, które po prostu warto znać w jakimś stopniu, jeśli człowiek interesuje się danym medium czy też tematem. Podróż przez odcinki The Original Series może okazać się podróżą męczącą i nudną, dlatego decyzję o tym, czy warto obejrzeć ten serial i czy warto obejrzeć w całości pozostawiam wam.

Wyglądałem podobnie do Kirka, gdy skończyłem oglądać ostatni odcinek..
Wyglądałem podobnie do Kirka, gdy skończyłem oglądać ostatni odcinek..

Ja oglądając przygody Kapitana Kirka i załogi bawiłem się dobrze. Raz lepiej, a raz gorzej – niestety częściej było “gorzej”, ale nie żałuję. Dla fanów fantastyki pozycja obowiązkowo a w jakiej ilości zaaplikuje sobie dana osoba TOSa pozostawiam już do jej indywidualnych wymagań. Ja obejrzałem wszystkie odcinki i cieszę się z tego.