Dwa, może ze trzy miesiące temu straciłem chyba najcenniejszą rzecz jaką miałem, czyli własną muzykę. Nie chodzi o to, że jestem jakimś uzdolnionym artystą, który stracił zapis ze swojej ostatniej sesji nagraniowej, bo jestem zwykłym szarym człowiekiem, choć pewnie minąłem się z powołaniem i muzykiem mógłbym zostać. Tutaj jednak raczej chodzi o ten rodzaj „swojej” muzyki, który na pewno każdy z nas ma, czy to w postaci płyt CD, winylowych, starych kaset magnetofonowych czy też w postaci plików mp3, flac i innych wymysłach współczesnej techniki. Przez jeden głupi błąd, niepotrzebnie albo po prostu przez brak należytej uwagi straciłem wszystko co miałem na dysku. Nie szkoda mi tych wszystkich filmów, seriali czy też innych pierdół, które miałem bo najbardziej boli mnie właśnie strata miliarda „empetrójek”. Na szybko sięgam pamięcią od kiedy tak zacząłem kolekcjonować muzykę i wychodzi mi, że będzie to z około 5-6 lat, czyli okolice końca gimnazjum a początki technikum.


Trudno stało się, trzeba zacisnąć żeby, zjeść te znienawidzone brokuły na obiad i żyć dalej. Niestety najbardziej mimo wszystko boli fakt, że trzeba na nowo wszystko uzupełniać. Wcześniej było prościej, po prostu klikałem 3-4 razy i już leciała muzyka. Zawsze znalazło się coś co pasowało do danej chwili. Podczas nauki najlepiej sprawdzała się muzyka z „Piratów z Karaibów”, jak byłem wkurzony (ewentualnie jak masz już skończone 18 lat to przeczytaj wkurwiony) to zapuszczałem sobie chociażby takie zespoły jak 36 Crazyfists, KoRn czy SlipKnot. Jak było mi po prostu smutno lub po prostu padał za oknem deszcz a wszędzie panowało totalne zobojętnienie to lubiłem sobie włączyć Moby’ego „Why does my heart feel so bad”, Apocalyptice „Ruska”, Rodowiczkę i jej „Łatwopalnych” czy Massive Attack i „Teardrop”. Po prostu zawsze było coś co w danym momencie mogłem zapuścić sobie i słuchać, choćby przez te 30-40 sekund a potem zmienić.

Płyty ulubionych zespołów i wykonawców w dzisiejszych czasach można szybko pobrać z byle jakiej strony, wystarczy wpisać nazwę w wyszukiwarkę i za kilka, kilkanaście minut paczkę z plikami muzycznymi mamy na swoim dysku, więc szybko uzupełniłem swoje podstawowe braki. Jednak mnie nie zadowoli fakt, że zassałem album z dwunastoma piosenkami, skoro jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie b-side’y i inne bonus tracki wychodzi, że taka płyta płyta ma np. szesnaście utworów. Zwykły Kowalski lubi 12 utworów, ja muszę mieć 16, nawet nie muszę lubić ich wszystkich, ważne, że mam kompletną sesję nagraniową, która składa się z utworów właściwych + wszystkich bonusów wydanych do różnych wersji albumu. True story.

Pamiętam jak miałem swoją pierwszą i porządną prace. Całe wakacje wtedy pracowałem ciężko aby mieć pieniądze dla siebie. Wtedy sobie też postanowiłem, że zacznę kupować sobie płyty swoich ulubionych zespołów. Wziąłem kartę, długopis i zacząłem spisywać płyty, które chciałbym mieć. Potem zacząłem szukać jakiś sklepów internetowych żeby sprawdzić ceny i przeraził mnie fakt ile potrafi być różnych wersji jednej płyty. Dla przykładu posłużę się szybko nienazwanym, ósmy albumem KoRna, który w wersji podstawowej zawiera 13 utworów. Wersja „deluxe” zawiera ich 14 oraz płytę DVD z materiałem dotyczącym powstawania płyty, przy zakupię albumu przez oficjalny fanklub zespołu dostajemy standardowe 13 utworów plus dodatkowo 14 utwór, inny niż ten z wersji „deluxe”. Jakby tego było jeszcze mało przy zakupię przez iTunesa dostajemy kolejny dodatkowy utwór a kupując płytę z reedycji dostajemy kolejny bonusowy utwór. Na całą sesję nagraniową wyszło 17 piosenek i miliard wersji jednej płyty. Jakby tego było, niektóre utwory dostępne są tylko w wersji elektronicznej. Przeraziło mnie to na tyle, że postanowiłem sobie odpuścić kupowanie oryginalnych płyt z muzyką.

– Kto kupuje oryginalne płyty?
– Ci, którzy mają na to kasę.
Maciej Słomczyński

A Ci co nie mają kasy to albo ściągają muzykę z internetu lub kupują płyty z jakże cudownej edycji „Zagraniczna płyta, polska cena”. Oczywiście rozumiem, że tniemy koszty bo muzyka jest tutaj najważniejsza, ale jeśli już człowiek kupuje płytę to chciałby aby była ładnie wydana, posiadała pełną książeczkę a nie jakąś wkładkę. Dobrym przykładem jest najnowsze płyta Red Hotów „I’m Witgh You”, wydana jak czysta płyta tylko, że ta papierowa koperta na płytę ma jakiś nadruk i jest trochę sztywniejsza. Wiem, że najważniejsza jest też muzyka, ale na tym świecie są jeszcze ludzie, którym przeszkadza fakt, jak dana muzyka jest wydana, nawet jeśli, tak jak ja, nie kupują oryginalnych płyt z różnych powodów.

Przywiązuję się niezwykle trwale zarówno do rzeczy jak i ludzi, co za tym idzie są piosenki, które mi przypominają czy to jakieś wydarzenie czy to daną osobę. Po śmierci dziadka pierwszą piosenką, którą włączyłem był utwór Queen „Who wants to live forever”. Zapętliłem, tak, że chyba z tydzień słuchałem go non stop. Po dziś dzień ta piosenka kojarzy mi się tylko z tą sytuacją. Mam wiele takich utworów, które gdy je słucham przypominają mi o czymś. Zarówno o rzeczach dobrych jak i o tych złych. Moim to zdaniem dobrze, gdy Twoja ulubiona muzyka działa na Ciebie w taki sposób, że przeżywasz to czego słuchasz. Jasne, że to nie dotyczy 100% utworów, ale myślę, że tak z 60-70% spokojnie udało by się zgromadzić. Lubię czekoladę, ale mnie na nią nie stać. Na tą prawdziwą, dlatego kupuję najczęściej wyroby czekolado-podobne. Tak samo jest z muzyką, te prawdziwe utwory trzeba sobie wyselekcjonować, najlepiej samemu. Mógłbym tutaj wrzucić listę swoich ulubionych utwór aby sztucznie wydłużyć ten wpis, ale tego nie zrobię bo mi się najzwyklej nie chce. No bo po co komu spis piosenek, w którym byłyby pewnie utwory, które „przypominają byłą dziewczynę” czy „wakacje 2005”. Ja jestem osobą, która potrafi piosence przypisać jakieś jedno, chociażby najdrobniejsze wspomnienie, nie mówię, że każdej ale pewnie większość „moich” utworów tak ma.

Zauważyłem, że ludzie mają taką pewną jedną małą umuzykalniającą ich cechę. Jeśli podoba im się jakiś utwór zapętlają go. Leci, i leci, i leci aż do momentu gdy słuchanie danego utworu powoduje odruch wykrztuśny i znika z playlisty, jeśli piosenka powróci to znak, że trafiła do nas. Później najczęściej przychodzi miłość do danego zespołu czy też wykonawcy i zaczynamy go traktować jak swojego własnego artystę, którego za nic w świecie nie wypuścimy ze swoich rąk. Potem zaczyna się naprawdę dziwny proces. Nasz ukochany artysta nagrywa kolejną płytę, ale postanawia nagrać coś co znacznie różni się od tego co tworzył wcześniej, co pokochaliśmy i zamknęliśmy pod kloszem samouwielbienia. Najczęściej artysta tłumaczy się, że chce wnieść jakąś nową świeżość i jakość do swojej twórczości czy też zacząć się rozwijać, ale fani mają przecież własną wizję muzycznej twórczości swoich idoli. A idole po dwóch, trzech „innych” płytach wracają do „old skulu” najczęściej tylko po to aby zadowolić swoich fanów, choć brzmienie stare to jednak często jest to robione na siłę. Zarówno płyta „Gold Cobra” Limb Bizkit (nagrana z Wesem Borlandem) czy „KoRn III” to płyty nagrane w starym stylu, który fani pokochali. „Złota Kobra” nawet momentami przyjemnie kąsa, ale w gruncie rzeczy nie pozostawia jakiegoś znaczącego śladu, ale z 5 lat temu, ślad były i wracałoby się do niej co chwilę a kobra kąsałaby zapewne coraz bardziej. Nawet nagranie płyty z producentem dwóch pierwszych albumów Roshem Robinsonem, który jak nikt inny potrafi wykrzesać pierwotne emocje i brzmienie z Jonathana i reszty, nawet fakt, że nagrywano ją przy użyciu tradycyjnych magnetofonów, które nagrywały wszystko na wąską taśmę nie sprawia, że ta muzyka będzie lepsza niż poprzednie albumu. Czuć, że to wszystko jest wymuszone sytuacją, którą wymusili na muzykach fani. A teraz gdy KoRn nagrywa płytę z elementami dubstepu fani zaczynają odwracać się i płakać nad tym, że to koniec ich zespołu.

Przypomina mi się w tym momencie sytuacja związana z utworem KoRna „Y’All Want A Single” oraz teledyskiem do niego. Po nagraniu płyty „Untouchables” fani masowo zaczęli żądać powrotu do „pierwotnego brzmienia” i tak właśnie rok po premierze powstała płyta „Take A Look In The Mirror”, z tym, że wytwórnia naciskała aby nagrali jakiś chwytliwy kawałek, który mógłby się sprzedać. Chłopacy się wkurzyli i nagrali właśnie ten utwór… oraz nakręcili teledysk, który stał się manifestem wobec temu całemu przemysłowi muzycznemu. Gdyby jeszcze wszystko miało większą siłę wyrazu w teledysku członkowie zespołu wraz z fanami rozwalają najbliższy sklep muzyczny, nie oszczędzając przy tym nawet stoisk z własnymi płytami. W tle przewijają się także różne hasła i ciekawostki:

„Ostatni klip Britney Spears kosztował milion dolarów, ten 150 tysięcy… ale czy jakikolwiek kanał muzyczny go puści?”
„Przemysł muzyczny wypuszcza 100 piosenek co tydzień, tylko cztery z nich trafiają na antenę radiową.”

„Dlaczego piosenka kosztuje 0.99$ ?”

„Czy ściągasz z Internetu piosenki? Ukradnij to video. To jest singiel!”

„Wytwórnia chciała abyśmy zmienili ten klip. Nie zrobiliśmy tego.”

Zacząłem pisać o tym, że straciłem swoją muzykę, potem, że chciałem kupować płyty, że muzyka dużo dla mnie znaczy a skończyłem na tym, że przemysł muzyczny jest zepsuty. Mimo wszystko, mimo całej tej sytuacji, że straciłem te wszystkie pliki, nie straciłem tak naprawdę swojej muzyki. Straciłem tylko głupie pliki, które w parę minut mogę mieć z powrotem na dysku. Stracić to można kogoś bliskiego, nogę na wojnie, ale nie muzykę.

Kocham muzykę i mam najlepszy gust muzyczny na świecie. Bo swój własny.

  • rakoczyn

    Lubię brokuły.

    Co do mojego ulubionego zespołu, to dobrze, że już nie istnieją i nie nagrywają nowych płyt. Jest to co jest, cała dyskografia i kropka. Nie będzie już nic nowego.

    Nie zazdroszczę fanom chociażby własnie Korna czy Linkin Parka, bo to co ostatnio wydają ciężko nazwać ich stylem. „Mój” Linkin Park skończył się na Meteorze. Potem jedynie piosenki z transformersów jakoś do mnie dotarły (pewnie ze względu na film) i tyle.

  • Backup dobry człowieku, backup to podstawa! Polecam zakup dysku zewnętrznego ;)

    • Spoko, od tamtego czasu planuje taki zakup właśnie ;p