WolverineMoże się wydawać, że bohaterowie Marvela, którzy, jak na ironię, nie należą do studia filmowego Marvel/Disney przegrywają sromotnie walkę o widza. Spider-Man, X-Meni kontra Kapitan Ameryka, Iron-Man czy sami Avengers… jak na ironie moje ulubione postacie należą do innego studia (czy tam studiów). Całkowicie pomijam postacie z uniwersum DC, czyli Supermana, Batmana czy Zieloną Latarnię, bo tutaj skupię się na Marvelu. Przynajmniej na tym filmowym uniwersum.

Sprawa o tyle ciekawa, że prawa do postaci mają dwa czy tam trzy studia co za tym idzie poziom filmów z danego studia różni się diametralnie. Już sama stylistyka Avengers czy nowego Spider-Mana mówi nam wiele o różnicach pomiędzy studiami. Ja tam osobiście cieszę się, że Mutanci nie należą do Myszki Miki i spółki, co za tym idzie istnieje większe prawdopodobieństwo na to, że otrzymamy dojrzalszą historię niż te ze stajni Disneya. Przynajmniej tak można sądzić, że tak będzie „w teorii”. Ale wróćmy do samego filmu.

Na początku trzeba otwarcie powiedzieć, że jeśli ktoś nie wie kim jest Wolverine, nie wie co to X-Men to trudno będzie się połapać na początku o co tak naprawdę chodzi w tym filmie. Twórcy teoretycznie odcięli się od poprzedniego filmu, czyli Genezy a co za tym idzie nie dowiemy się kim główny bohater jest i dlaczego jest taki jaki jest. Jedyną rzeczą, która sprawia, że jest jakaś ciągłość z seria o Mutantach to wątek z Jean, który nawiązuje do końcówki X-Men: Ostatni Bastion. I tak, jak nie oglądaliście tego filmu i jeśli naprawdę nie wiecie nic o Wolverinie to film oglądać będziecie jako kolejny film akcji z ładnymi efektami. Bo naprawdę nie rozumiem jak typowy człowiek, który chodzi do kina dla „rozrywki” nie mając elementarnej wiedzy o Rosomaku może dobrze bawić się na tym filmie..

Odstawiając na bok zawirowania fabularne czy też fakt, czy ktoś zna głównego bohatera czy też nie otwarcie stwierdzam, że w holiłudzie panuje dziwna moda na filmy ala Cierpienia Młodego Wertera. Było to w Mrocznym Rycerzu Powstaje, było w trzecim Iron-Manie, było nawet po części w Człowieku ze Stali.. to będzie jeszcze w nowym Wolverinie. A co, jak szaleć to szaleć! Główny bohater cierpi, przeżywa swoją osobistą tragedię, mało tego co chwilę dostaje w cztery litery ale na końcu i tak wszystko się dobrze kończy i na końcu widzimy swego rodzaju renesans naszego bohatera. Przynajmniej ja miałem takie wrażenie, że choć bohaterowie i miejsca są inne to już gdzieś widziałem podobne rozwiązania fabularne, szkoda, naprawdę szkoda bo jak tak dalej pójdzie to każdy film superbohaterski będzie na zasadzie: bohater XYZ dostaje w dupe, jeszcze bardziej, a jeszcze raz dostanie, już przegrał prawie..a nie zwyciężył jednak! Nie o to, że się czepiam, ale co za dużo to niezdrowo, a choć jestem fanem X-Menów jak i samego Wolverine’a to patrzę na ten film mimo wszystko krytycznie.

Kolejnym powodem, który może odrzucić to sceneria, w której rozgrywa się akcja, czyli.. Japonia. Już sam fakt wymusił na twórcach pewną stylistykę, która nie musi się każdemu spodobać, jednak sama w sobie nie męczy widza, więc da radę przełknąć „japonszczyznę” w tym filmie. A skoro Japonia to i główny zły, który musi się w jakiś sposób być „połączony” z główną scenerią, to nie kto inny jak Silver Samurai (czy jak kto woli Srebrny Samuraj). Postać, którą znam słabo, żeby nie powiedzieć, że wcale. Coś tam pamiętam, że pojawił się w odcinku lub dwóch animowanej serii Wolverine and the X-Men, gdzie Logan powrócił do kraju Kwitnącej Wiśni..i tyle. Także i tym razem Logan, dręczony powracającymi koszmarami dotyczącymi Jean Grey, wraca do Japonii z tym aby pożegnać umierającego przyjaciela Yashidę. Oczywiście Rosomak nie byłby sobą gdyby nie wpakował się w jakieś tarapaty. Myślę, że tyle wystarczy, bo wiem, że pisząc jeszcze cokolwiek będę mógł niektórym zdradzić za dużo a tego przecież nie chcemy, prawda?

Wolverine to film średni, mimo, że widać po nim, że twórcą zależało aby zmazać złe wrażenie po swoim poprzedniku, czyli Genezie, ale..no ale musieliby zrobić niewyobrażalnego gniota aby przebić ten film. Mimo, że ten film oglądało mi się naprawdę dobrze i przyjemniej jednak po głębszym zastanowieniu zorientowałem się, że to kolejny film w tym sezonie letnich blockbusterów, który powiela pewne schematy z poprzednich „wielkich” filmów tego lata. Nawet przymknę oko na sposób w jaki film jest zrobiony, który uniemożliwia osobie z zewnątrz głębsze wgryzienie się nie tyle co w fabułę co w samą historię Rosomaka.. Po seansie przez dłuższy czas zastanawiałem się, czy normalny człowiek niemający dotąd styczności z marvelowskimi mutantami ogarnie to co widzi na ekranie. Film jest średni, momentami nawet trochę nudny a czarne charaktery czasami stają się własnymi parodiami.. A szkoda bo zarówno Viper mogłaby się stać taką femme fatale a Srebrny Samuraj.. Cóż, po nim mam większy niesmak jak po Mandarynie w nowym Iron-Manie. Wolverine to film średni, ale mam jakąś słabość do X-Menów jak do tytułowego bohatera, do tego oglądałem poprzednie filmy, więc znam jako tako filmową historię Rosomaka, coś tam animowanego obejrzałem, komiksów parę też przeczytałem o nim. Problem polega na tym, że mimo tego wszystkiego dostrzegłem aż tyle wad w tym filmie. Ale z drugiej strony jak się nie zobaczy to się nikt nie przekona jaki ten film naprawdę jest, napewno nie jest to film z kategorii „nie oglądać”. Obejrzeć można, tylko czy wiesz coś o Wolverinie więcej niż to, że gra do Hugh Jackman? Ja wiem, a Ty?