X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

W 2011 roku na ekranach kin zagościł film X-Men: Pierwsza klasa, który miał w pewien sposób zrebootować filmowe uniwersum mutantów. Miał on kilka wad, kilka niedociągnięć fabularnych, ale mimo wszystko wyszedł twórcą bardzo ciekawy film ze wspaniałymi kreacjami Fassbendera i McAvoya jako Magneto i Profesora X. W tym roku na ekranach naszych kin mogliśmy oglądać kolejną część o mutantach, która jest… prequelem, sequelem i rebootem jednocześnie?

Film otwiera scena, która rozgrywa się w przyszłości. Świat jest jedną wielką ruiną, mutanci zostali prawie całkowiecie wybicie a Ci, którzy zostali przy życiu muszą uciekać przed wielkimi robotami zwanymi Sentinelami (w polskiej wersji „Strażnikami”), które zostały zbudowane aby wytępić wszystkich mutantów z powierzchni planety. Wśród ocalałych możemy spotkać Magneto, Profesora X, Storm, Bishopa (w tej roli Omar Sy z Nietykalnych), Kitty Pride czy też… zgadujcie, no zgadujcie dalej, już jesteście blisko… Wolverine’a. Mało tego jakimś dziwnym trafem, tylko Wolverine może przy pomocy Kitty przenieść swoją świadomość do młodszego ciała w przeszłość. Wszystko po to aby zapobiec zabiciu Bolivara Traska, twórcy Sentinelów, przez Mistique, co za tym idzie powstrzymać masową eksterminację wszystkich mutantów. Problemem jest jednak fakt, że w tamtych czasach zarówno Profesor Xavier oraz Magneto nie stali po tej samej stronie, mało tego, każdy z nich poszedł swoją drogą, czując pewnego rodzaju żal do siebie nazwajem. A nasz kochany Wolverine musi przemówić do rozumu zapijaczonemu Profesorowi X oraz współpracować z Erikiem, który.. odsiaduje wyrok w więzieniu.

X-Men, X-Men whatcha gonna do? Whatcha gonna do when Sentinels come for you?
X-Men, X-Men whatcha gonna do? Whatcha gonna do when Sentinels come for you?

Już sam ten fakt sprawia, że „misja ratunkowa” staje się trudniejsza niż początkowo zakładano. Mało tego, czas ucieka zarówno w przeszłości jak i w przyszłości. Do tego trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że choć druga mutacja Kitty Pride jest pomocna w tej całej „podróży”, to niestety nie ma ona na tyle siły by utrzymać Wolverine’a wiecznie w tym stanie. Tutaj chyba mam już pewien problem z samą historię, która wydaje się trochę przekombinowana. Rozumiem, że cała fabuła jest oparta na komiksie o tym samym tytule, rozumiem, że wrócił „twórca” filmowych X-Menów na stołek reżysera, ale Panie Singer, czy aby na pewno nie dało się zrobić filmu z kolejnymi losami młodego Charlsea oraz Erika? X-Men: Pierwsza klasa był filmem dobrym, nawet bardzo, jeśli weźmiemy fakt, że był to swego rodzaju odświeżenie serii, reboot.. i tym samym trzeba było dalej iść tą samą ścieżką zostawiając tym samym w spokoju, choć doskonałych jak zwykle, takich aktorów jak Patrick Stewart czy Ian McKellen. Ale i tak najgorszym co może być w filmach o mutantach to niezależnie w jakich czasach się rozgrywają, o kim opowiadają to zawsze musi się pojawić Wolverine. No dobra, pomijając wcześniej wspomnianą Pierwszą klasę, ale tam jego cameo było dla mnie na plus bo był tylko na chwilę, coś w stylu puszczenia oczka do fanów, tutaj nasz Rosomak znów jest pierwszoplanową postacią. Jest taki serial animowany Wolverine and the X-Men, więc śmiało można zapożyczyć nazwę na kolejne filmy z serii, żeby nie oszukiwać widzów ;)

Quicksilver (w środku) to chyba największe pozytywne zaskoczenie całego filmu
Quicksilver (w środku) to chyba największe pozytywne zaskoczenie całego filmu

Jednak najwięcej problemu miałem z poskładaniem samej historii w jedną spójną całość. Raz skaczemy do czasów wielkiej zagłady, gdzie ostatki mutantów walczą z wielkimi robotami o przeżycie, by po chwili, jeszcze w czasie jakiegoś ważnego wydarzenia, rzucić kilka scen z czasów do których przeniósł się nasz ukochany Wolverine. Trochę się zacząłem gubić, mniej więcej w połowie seansu, z tym jak przebiega ciągłość fabularna w tym filmie. Lubię, gdy w filmie są pokazane dwie równoległe osie fabularne, ale tutaj to rozwiązanie było co najmniej, nie tyle co dziwne, ale nieprzemyślane. Pan od montażu chyba ostro poleciał. Ale żeby nie było, ze za bardzo narzekam to muszę przyznać, że koniec końców, gdy już po seansie, usiądzie się na spokojnie i poukłada wszystko i wychodzi naprawdę całkiem zgrabna historia.

Fabuła filmu oparta jest na komiksie Days of Future Past i jest to luźna adaptacja tej historii. Sam przyznam szczerze nie czytałem tej historii, ale spotkałem się z opiniami osób, którym ufam w kwestii komiksowej, że to nawet i lepiej, że wydarzenia w filmie tylko nawiązują do komiksowego pierwowzoru a nie są tylko kalką wydarzeń z kart komiksu. Trzeba także zwrócić uwagę na ten szczegół, że filmowe uniwersum już samo w sobie narzuciło kilka własnych standardów do historii mutantów, więc trudno by było aby twórcy kurczowo trzymali się tego co można znaleźć w komiksach.

Fabuła filmu oparta jest o wydarzenia przedstawione w komiksie The Uncanny X-Men #141-142
Fabuła filmu oparta jest o wydarzenia przedstawione w komiksie The Uncanny X-Men #141-142

Z przykrością muszę jednak przyznać, że największy minus całego filmu to fakt, że twórcy pogubili się w tym czym ten film tak naprawdę ma być. Reboot, prequel, sequel.. I nie ujmuję tutaj nikomu z aktorów, szczególnie Patrickowi Stewartowi ani Ianowi McKellenowi, ale Pierwsza klasa miało to do siebie, że wprowadzała pewien powiem świeżości do filmowego uniwersum mutantów, a przede wszystkim, wyznaczyła pewne, nowe standardy, szczególności jeśli chodzi o postacie młodych Magneto oraz Profesora X. Trochę przykro mi z tego powodu, ponieważ historia mutantów, pomimo niejasnego dla wielu zakończenia, zatoczyła koło.

Ale co tam, film jest warty obejrzenia a ja sam odliczam już powoli dni do premiery kolejnej części. Będzie się działa. Tylko proszę, oby bez Wolverine’a w głównej roli.